Są w życiu każdego kota takie chwile, kiedy trzeba powiedzieć DOŚĆ i wyznaczyć pewne granice. U mnie taka chwila nadeszła ostatnio.
Ja wiele rozumiem, ba na wiele mogę się zgodzić. W końcu jestem dorosłym, rozsądnym kotem, który w dodatku kocha Mikro Panią [ jakby nie patrzeć jestem jej starszym bratem].
Mogę się pogodzić z tym, że Mikro Pani dostanie wcześniej ode mnie jeść, mogę się pogodzić z tym, że Mikro Pani dostaje więcej pieszczot niż ja. Mogę się nawet pogodzić z tym, że odkąd w domu mieszka Mikro Pani ja nie jestem już noszony na rękach. Naprawdę mogę się z tym pogodzić.
Ale to, że Mikro Pani ma dostać Pingwina... co to, to nie! To ja go sobie upatrzyłem, jak jeszcze był zapakowany w torebce, a Mikro Pani nawet nie wiedziała, że Pingwin zamieszka w naszym domu. No, a wiadomo, że kto pierwszy zobaczy, ten zaklepuje. No i ja tego Pingwina zaklepałem! Ale nie! Mikro Pani musiała Pingwina też zabrać - jakby miała za mało zabawek.
Na szczęście jako wytrawny komandos wyśledziłem, że Pingwin [ wbrew własnej woli] przetrzymywany jest w łóżeczku. Zaplanowałem tajno-wojenną misję i odbiłem Pingwina. Niestety, nawet przeniesienie go do mojej strażniczej wieży nie pomogło. Jak tylko Mikro Pani zobaczyła, że nie ma Pingwina włączyła syrenę alarmową [ potrafi wydać z siebie straszne dźwięki] i Pani pingwina zabrała.
Nie pozostało mi nic innego, jak tylko zaplanować kolejną komandoską akcję,ale najpierw muszę zaplanować tajną skrytkę na odbitego towarzysza zabaw.
No cóż, Pingwin będzie musiał zejść do podziemia i bawić się ze mną tylko w nocy, jak wszyscy śpią.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą techniki komandoskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą techniki komandoskie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 31 października 2010
wtorek, 10 sierpnia 2010
NOWY KOT I ZBÓJ OBROŃCA
Ciągłe zmiany w naszym domu powodują, że już nie nadążam. Ostatnio śpię sobie spokojnie, a tu wpada na łóżko Roksiak i mówi, ze w pokoju dla tego nowego kota mieszka już kot i ze jest ogromniasty.
Patrzę na Roksiaka i mówię: Roksiak ty się uspokój. Nie ma większych niż ja kotów. A ona, że ten jest większy i że ma ogromne zęby i dużo sierści, i że czai się na podłodze.
Nie było wyjścia. Musiałem wstać.
wchodze do pokoju, patrzę i rzeczywiście. leży sobie kot. Ale jakiś dziwny. No to ja od razu, bez ostrzeżenia, wykonałem kilka komandoskich chwytów i zanim się ten kot spostrzegł już był pokonany.
Z komandosami nie ma co zaczynać.
środa, 7 lipca 2010
NOWE FIRANY, NOWE WYZWANIA
Każdy dobry komandos wie, że jeśli przestanie zapoznawać się z nowymi metodami walk i kamuflażu przestaje być komandosem. Na szczęście ja o tym wiem i dlatego ciągle ćwiczę. Kiedy okazało się, że Pani ma nowe firany nie było wyjścia. Musiałem sprawdzić ich wytrzymałość i użyteczność w moim codziennym, pełnym niebezpieczeństw życiu. A nie było to proste, bo Pani oczywiście [ jak zawsze, gdy chodzi o firany] przeszkadzała.
Ale od czego mój urok osobisty. Dzięki kociemu magnetyzmowi udało mi się przetestowac firany pod kątem:
- turlania z owijaniem się [ doskonale się się sprawdzają, maskowanie na mumię zajmuje mniej niż 5 sekund].
- maskowania z obserwacją zza firankową [ jak widzicie na poniższym zdjęciu prawie mnie nie widac]
No może troszeczkę, ale to detal - wykorzystam też inne metody kamuflażu i będzie ok.
- przyczajki zza firankowej [ sprawdzają się idealnie]
Oczywiście jak Pani je powiesiła, to się okazało, że są za krótkie, by można je było wykorzystać do czegoś pożytecznego. Zwyczajnie wiszą sobie w oknie i do niczego nie służą. Nie to co długie firany na starym mieszkaniu...
wtorek, 6 lipca 2010
TECHNIKI POLOWNIKÓW
Odkąd mieszkamy w nowym miejscu dosłownie nie wiem w co łapy włożyć. Oprócz normalnych zadań związanych ze szkoleniem komandoskim [ Zbój doszedł do wniosku, że pomimo tego, że przeszłam do rezerwy i nie ukończyłam kursu dla astronautów, dalej powinnam uczestniczyć w różnych ćwiczeniach i doszkalaniach], muszę jeszcze wykazywać inicjatywę wobec Państwa, bo "dwa koty w domu i tyle much... Roksiaku czemu nie polujesz na muchy?..."
Prosta sprawa - nie poluję na muchy, bo nie mam czasu. Jestem zajęta opracowywaniem dwóch planów komandoskich uderzeń:
1. Jak dobrać się do Jaskół, które są już zwyczajnie bezczelne i latają sobie bezkarnie.
Ostatnio jedna z nich [ jestem absolutnie pewna ] pokazała mi środkowe pióro w skrzydle jak wylatywała z gniazda. No, na takie rzeczy to ja nie mogę pozwolić. Dlatego też przez część dnia i nocy prowadzę obserwacje, które w przyszłości, być może, pomogą mi jakoś się do nich dobrać. Na razie wiem jedno - pomimo tego, że schudłam nie jestem w stanie przecisnąć się przez dziurę, jak okno jest tylko uchylone. Zbój mówi, że trzeba czekać, aż Pani otworzy okno, ale Pani jest sprytna i jak otwiera okno to zamyka drzwi, żeby nie można się było dostać do środka. Co prawda Zbój powiedział, że nad tym pracuje, ale jakoś mu nie wierzę, bo on tylko ciągle śpi.
Prosta sprawa - nie poluję na muchy, bo nie mam czasu. Jestem zajęta opracowywaniem dwóch planów komandoskich uderzeń:
1. Jak dobrać się do Jaskół, które są już zwyczajnie bezczelne i latają sobie bezkarnie.
Ostatnio jedna z nich [ jestem absolutnie pewna ] pokazała mi środkowe pióro w skrzydle jak wylatywała z gniazda. No, na takie rzeczy to ja nie mogę pozwolić. Dlatego też przez część dnia i nocy prowadzę obserwacje, które w przyszłości, być może, pomogą mi jakoś się do nich dobrać. Na razie wiem jedno - pomimo tego, że schudłam nie jestem w stanie przecisnąć się przez dziurę, jak okno jest tylko uchylone. Zbój mówi, że trzeba czekać, aż Pani otworzy okno, ale Pani jest sprytna i jak otwiera okno to zamyka drzwi, żeby nie można się było dostać do środka. Co prawda Zbój powiedział, że nad tym pracuje, ale jakoś mu nie wierzę, bo on tylko ciągle śpi.
2. Jak skutecznie przeprowadzić nalot na te koszmarne wróble i gołębie.
Z wróblami i gołębiami jest tak. Latają sobie ciągle przy naszym balkonie i to tak blisko, że czuję normalnie nieświeży oddech tego gołębia, co ma takie zielone gardło. No a wróble to juz osiągnęły bezczel całkowity potrafią, jak ja jestem w domu, siadać na poręczy. Początkowo myślałam, żeby się na nie zaczaić z jednego z naszych koszy, ale okazuje się, że Pani kwiaty, które wykorzystujemy do maskowania, utrudniają później przeprowadzenie akcji.
Po konsultacjach ze Zbójem uzgodniliśmy, że tylko akcja nalotowa odniesie skutek. Pierwotny plan był prosty. Wskakuję na zewnętrzny parapet, czekam na wróbla albo gołębia i jak będzie przelatywał, to wykonuje lot nurkujący, ląduję mu na grzbiecie i skrzydłach, przegryzam gardło, no a potem wracam do domu. Plan prosty, nie niosący ze sobą żadnych niespodzianek.
Oczywiście jak tylko Pani dowiedziała się co i jak, to zastawiła parapety doniczkami i teraz nie bardzo mam jak tam wskoczyć. No, ale... pracuje się nad tym.
Ze Zbójem... kiedy nie śpi.
czwartek, 22 kwietnia 2010
AKCJA: PTYSIE
Niedawno udało mi się przeprowadzić niezwykle udaną akcję pod kryptonimem "PTYŚ". Było tak... Pani upiekła ptysie. Jak tylko Zbój zobaczył co jest wyjmowane z piekarnika od razu dostał korby. Musi zjeść ptysia i koniec. Nie pomogły tłumaczenia, że ptysie są jeszcze gorące. Zwinął dwa z blachy, jaką Pani niedawno wyjęła. Oczywiście nie mógł ich zjeść od razu, bo były gorące, a potem nie miał szans zjeść ich bez lania, bo Pani się wkurzyła. Ja byłam sprytniejsza. Poczekałam, aż Pani pójdzie do łazienki, zakradłam się do tacy z ptysiami i wzięłam sobie jednego. Potem schowałam go pod kocem, a jak nikt nie patrzył mogłam spokojnie zjeść jak cywilizowany kot na kanapie. Bez pospiechu, bez lania... I kto w tym domu jest największym komandosem? Oczywiście ja - ROKSIAK
środa, 21 kwietnia 2010
WOJNA O DRZEWO
Na szczęście jako prawdziwy komandos nie bałem się o wynik tej wojny. Jestem mistrzem wojennej taktyki i każdego dnia ćwiczę na myszach. Co mogło pójść źle? Wszystko zaplanowałem w najdro-bniejszym szczególe. Plan był taki: czekam, aż Roksiak zaśnie na najwyższej półce, biorę rozpęd z przedpokoju, wskakuje na drzewo, a jak Roksiak zdąży się obudzić i zeskoczyć to odbijam się od półki, ląduję na kociej wyrzutni - tej co jest z boku, i robię na Roksiaka precyzyjny atak lotniczy.
No i prawie się udało, tylko wyrzutnia okazała się za słaba i zamiast wyrzucić mnie we właściwym kierunku, to się złamała. Dosłownie w ostatniej chwili ratowałem się awaryjnym lądowaniem w fotelu.
Na szczęście nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Roksiak tak się przestraszył, ze gdzieś się schował, a ja mogłem wreszcie trochę odpocząć na swoim drzewie.
środa, 3 marca 2010
NOWE DRZEWO - ZBÓJ
Dwa tygodnie temu zdrzemnąłem się po obiadku, a kiedy się obudziłem, okazało się, że Pani hoduje w brzuchu żaby, które ciągle skaczą. Nie mam jak na nie zapolować, bo widać je tylko jak skaczą, a jak chcę je pacnąć łapą, to przestają skakać. Ale... to jeszcze nic.
Kilka dni temu uciąłem sobie krótką, dwugodzinną drzemkę po trzecim śniadanku. Wstaję, idę do dużego pokoju [ drzemanie po śniadankach najlepiej odbywa się w łóżku Państwa, bo mają mięciutkie podusie i można się przykryć kołderką], patrzę, a tam wielkie drzewo. Aż do sufitu normalnie.
Jakby tego było mało, buszuje na nim Roksiak. Pytam się, więc Roksiaka co to za drzewo, a ona mi mówi, że jakoś tak wyrosło i że teraz należy do niej, bo widziała je pierwsza i już się poocierała.
Patrzę na Roksiaka i tak się zastanawiam, kto tu zwariował - ja czy ona? Przecież od razu widać, że drzewo jest w stylu fortecznym i może na nim mieszkać tylko komandos. Mówię to tej pomylonej kotce, a ona mi na to, że nieprawda, bo to jest drzewo roksiakowe, opracowane specjalnie do wypoczynku dla kotów nadrzewnych a ona takim właśnie kotem jest.
a) szkolenia prawdziwych komandosów
b) lotniczych ataków na wroga
c) obserwacji powietrznych dużych powierzchni, w tym przypadku salonu.
Wyjaśniłem to Roksiakowi, a ona dalej swoje. No to mówię: Roksiak, a co w tym drzewku jest takiego, co wskazuje, że to drzewko wypoczynkowe? No jak mi odpowiedziała, to oniemiałem i łapy mi opadły. Hamaczki-bujaczki. Jakie znowu hamaczki - bujaczki ?- pytam. No te. Wziąłem głęboki oddech i tłumaczę. Roksiak to nie są hamaczki - bujaczki, tylko specjalistyczne komandoskie wyrzutnie. Jak chcesz zaatakować z powietrza jakiś bardziej oddalony cel, to włazisz na tą większa półkę, skaczesz na wyrzutnię i ona cię wyrzuca w kierunku celu. Oczywiście Roksiak mi nie uwierzył i musiałem jej zademonstrować. Niestety wyrzutnie nie są jeszcze skalibrowane i spadłem poza fotel.
piątek, 18 grudnia 2009
PINGWIN
Już jakiś czas temu Roksiak poznał Pingwina.
Właściwie tak do końca nie zostało nigdy wyjaśnione skąd się wziął u nas w domu.Podobno Pan go przyniósł, co jest raczej mało prawdopodobne, bo Pan raczej nie znosi do domu różnych rzeczy.
To Pani ciągle coś wyjmuje z torebek. Wiem, bo zawsze przeprowadzam inspekcję, czy aby przypadkiem nie ma tam czegoś, co właśnie mnie by się przydało. Z reguły nie ma, a jak już jest, to Pani mówi, że to nie dla mnie i taka z tym robota.
Wracając jednak do Pingwina. Stał sobie na biurku już jakiś czas, jednak nie wchodził mi w drogę, więc stwierdziłem, że nie będę się nim zajmował. No, ale Roksiak postanowił się z nim zaprzyjaźni.
Początkowo było słodko. Siedzieli na przeciw siebie i patrzyli słodko w oczy; potem były całuski w nosek, no a na końcu Roksiak stwierdził, że muszą przybić piątkę. I się zaczęło...
Okazało się, że Pingwin jest w świecie pingwinów komandosem i zastosował chwyt "żelazny uścisk" na łapie Roksiaka, a ściśle mówiąc na jego pazurze. Roksiak chciał zabrać łapę, ale Pingwin nie chciał Roksiaka puścić. Oczywiście Roksiak, jak to Roksiak - wpadła w panikę. Biegała po domu, skakała po meblach, ale Pingwin był dobrze szkolony i wytrzymał. W końcu Roksiak postanowiła wezwać prawdziwego komandosa na pomoc - czyli mnie. Kazałem jej mocno machnąć łapą, tak jak ja robię, gdy chcę zdjąć bandaż. Od razu zadziałało. Pingwin puścił.
***
Pani odnalazła Pingwina i ogłosiła amnestię dla nielotów. Znów stoi na biurku Pana, ale już nie jest taki pewny siebie, jak wcześniej. Schował się w kącie i jak idę, to usiłuje być niewidzialny.
niedziela, 29 listopada 2009
CHOROWANKO
W tym domu nawet spokojnie pochorować nie można.
Jestem przeziębiony. Mam gorączkę, katar [ pani nie pozwala mi wycierać nosa w poduszki, chociaż każdy wie, że tak jest najwygodniej], i boli mnie gardło, tak mocno, ze prawie nie mogę jeść chrupków. Do tego znów mam zapalenie oczu i moja Pani doktor przepisała mi krople do oczu, chociaż wie, że ich nie lubię. Do tego co drugi dzień jeżdżę na zastrzyki [ i to trzy], więc wcale nie marudzę tylko naprawdę jestem chory. chciałem sobie spokojnie podrzemać na kanapie, pod kocykiem bo mam trochę dreszczy i co? Ledwo zamknąłem oczy a Roksiak już mnie napadł. Potem się tłumaczyła, ze myślała że to kolejne szkolenie komandoskie, ale ja dobrze wiem, z chciała wykorzystać, że się źle czuję. Podstępny Roksiak. Niepotrzebnie ją szkoliłem.
sobota, 18 lipca 2009
ZWYCIĘSTWO W NIERÓWNEJ WALCE
Dziś Pani postanowiła uruchomić odkurzacz. Jestem prawie pewien ze zrobiła to specjalnie, żeby ukarać mnie i Roksiaka za nocne zabawy w berka. Oczywiście nie mam dowodów, ale sądzę, że taka jest prawda, a nie, że chciała posprzątać. W końcu ma przecież miotłę, której Roksiak się nie boi [ ja nie boje się niczego i wcale przed odkurzaczem nie uciekam, tylko nie lubię hałasu jaki robi - szkodzi mi na uszy].
Dlatego dziś miarka się przebrała - Pani odkurzała moje drzewko. MOJE DRZEWKO!!!! Zdecydowałem, ze czas z tym skończyć. Nie będzie jakiś tam pierwszy lepszy odkurzacz straszył prawie na śmierć Roksiaka i atakował moje drzewko.
Wykorzystując wszelkie moje umiejętności komandoskie, a także fakt, ze każdego dnia ćwiczę w moich namiotach techniki maskujące wykorzystałem moment, gdy pani odłączyła go od prądu i urwałem mu koło. Nie było to proste, na szczęście mam mięśnie ze stali. Zobaczymy, czy teraz też będzie taki pewny siebie bez tego koła.
czwartek, 21 maja 2009
AKCJA "PARÓWKA"
Nie ma zbyt dużo czasu, więc tylko krótki raport.
W związku z nowo nabytą umiejętnością wskakiwania na kuchenne szafki, a także dzięki pogłębionej wiedzy na temat działania kuchenki oraz doskonałemu przygotowaniu komandoskiemu uniezależniłem się od Pani, jeśli chodzi o jedzenie. [ W końcu jestem już absolutnie dorosłym kotem]
W dniu wczorajszym przeprowadziłem udaną akcję na parówkę. Była doskonała. Lekko podgrzana i ... bardzo duża. Roksiak zazdrościł mi pół dnia. A lanie nie było takie złe. Myśł o parówce pozwoliła mi je przetrwać.
poniedziałek, 18 maja 2009
WEZWANIE TOFFI
Każdy mężczyzna od czasu do czasu lubi coś słodkiego . No, a już taki 200 % mężczyzna- komandos jak ja, to szczególnie. Dlatego właśnie postanowiłem wyręczyć moją Panią [ ona taka zapracowana ostatnio] i sam poczęstowałem się toffi. Nie było tego dużo - trochę rozsmarowane na desce, ale jestem przekonany, że jak Pani przypomni sobie, że nie dostałem swojej porcji, to ją dostanę. Przy okazji okazało się ze na szafce są resztki chrupek z miski, którą Pani, pewnie też przez przypadek, zabrała wczoraj z podłogi, więc je dokończyłem - co się będą marnować.
Oczywiście całą akcję przeprowadziłem bardzo sprawnie i nic nie zrzuciłem na podłogę. Pani będzie ze mnie dumna, choć dla takiego komandosa jak ja to nie jest wielki wyczyn. Ciekawe czy pan tez będzie dumny, że już doskakuję do wszystkich szafek?
piątek, 15 maja 2009
PIEKARNIK - ŹRÓDŁO JEDZONKA
Moje wnikliwe komandoskie obserwacje jasno wykazały, ze źródło, z którego pochodzi najlepsze jedzonko to ... piekarnik. Dlatego też, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja postanowiłem się upewnić, że właśnie tak jest. Niestety. Jeśli piekarnik jest zimny i mogę tam prowadzić poszukiwania, to nic w nim nie ma. A jeśli coś jest... np. nachos [ mniam, mniam] to jest tak gorący, że parzę sobie łapy, więc o wejściu do środka nie ma mowy. Musze to jeszcze dopracować.
Zawsze gotowy do akcji - Wasz Zbój Komandos
niedziela, 10 maja 2009
POLOWANIA NA PAPRYKĘ
Są takie dni w życiu każdego kota kiedy staje się komandosem - polownikiem. w takich dniach poluje się na wszystko. Zwłaszcza gdy istnieje możliwość polowania na nieodkrytych do tej pory terenach. Ja odkryłem taki dziewiczy teren w kuchni. Ni to żebym nigdy tam nie bywał... w końcu jedzenie jest sensem mojego życia, ale... do tej pory byłem za malutki, żeby zobaczyć co dzieje się na półkach i szafkach - potem byłem już całkiem duży, tylko ze względu na opłacony abonament z grawitacji jakoś to skakanie na takie wysokości mi nie wychodziło. Na szczęście odkryłem tzw. wspinaczkę wysokoszafkową. od tego momentu mogę polować na szafkach kuchennych.
technika jest niezwykle prosta. bierzesz rozpęd, odbijasz się tak wysoko jak się da, wbijasz pazury gdzie się da, a potem trzeba już tylko tylnymi nogami mocno przebierać. efekt murowany. Poniżej zdjęcia z polowania na papryke.
Etykiety:
jedzonko,
polowanie,
techniki komandoskie,
wspomnienia Zbója,
zabawa
BALKONOWE MASKOWANKO
Pogoda czasem oszukuje i to bardzo bardzo. patrzę przez okno i widzę, że świeci słońce. No to niewiele myśląc biegnę do Pani i mówię jej, żeby mnie wypuściła na balkon, no Roksiaka też oczywiście. Wychodzę i co?... zimniasto, mokrzasto... Na szczęście jestem prawdziwym komandosem, który potrafi poradzić sobie w każdych warunkach. Tym razem znalazłem nowe zastosowanie folii malarskiej
Sucho, ciepło. Osłona od wiatru jest... Nic tylko zażywać świeżego powietrza.
Próbowałem namówić Roksiaka, ale zgrywała damę i wolała wrócić do domu.
sobota, 9 maja 2009
NOCNA AKCJA KOMANDOSA
NOC KOMANDOSA. MOJA NOC.
To była akcja.
* Doskonale przemyślana...
* Doskonale zaplanowana...
* Doskonale wykonana...
Nie będę się chwalił, że wszystko zrobię sam, bo to oczywiste.
Zacznijmy jednak od początku.
Po moim małym wypadku w czasie zabawy z Roksaną [ zsiusiałem się w ich łóżku] Państwo zadecydowali, że koty nie mają wstępu do sypialni.To było straszne. Bez podusi? ...Bez możliwości schowania się pod kołdrą?... Bez możliwości przytulenia się do Pani?... a co najgorsze... bez możliwości obudzenia Pana, kiedy jestem głodny i chciałbym już dostać swoją poranną saszetkę!
Nie mogłem do tego dopuścić.
OPRACOWAŁEM PLAN.
Gdy tylko drzwi do sypialni Państwa uchyliły się na tyle dużo, że mogłem się przecisnąć, wraz z Roksaną schowaliśmy się pod łóżkiem Państwa. A, odkąd Pani przywiozła ze sobą setki kartonów książek, które tam właśnie leżą, nie jest to łatwe. Roksana - anorektyczka nie ma z tym problemów, ja jednak - słusznych rozmiarów prawdziwy koci mężczyzna, już tak łatwo nie mam. Jednak dałem radę. Wciągnąłem brzuch [ a nie jest tak wielki jak mówi mój Pan], lekko się rozpłaszczyłem i jakoś poszło. Na moje szczęście między kartonami była dziura. Posłużyła mi jako osłona.
Kiedy Pan usiłował nas wygonić udawaliśmy,że nas nie ma. Tylko, że Pan jest bardzo sprytny. Podniósł do góry róg materaca i w tym momencie Roksana nie wytrzymała nerwowo. Wystrzeliła jak torpeda i uciekła do drugiego pokoju.
Jest takim tchórzem, po prostu brak mi słów.
Pan myślał, że mnie nie ma - taki byłem cichutki- i zamknął drzwi.
Odczekałem jeszcze chwilę i już miałem wychodzić, kiedy Pan się położył...
I on nazywa mnie grubasem? ON?!
Materac tak się ugiął, że musiałem jak najszybciej wydostać się spod łóżka. Inaczej zostałbym zgnieciony.
Nie do końca udało się zachować ciszę, ale wyszło nie najgorzej. Państwo dostali takiego ataku śmiechu, że nie tylko pozwolili mi zostać w sypialni, ale otworzyli drzwi i pozwolili też przyjść Roksiakowi.
I to wszystko dzięki mnie.
SZKOLENIA NAMIOTOWE
Szkolenie Roksiaka to nie jest taka prosta sprawa jak się wydaje. Szeregowiec Roksiak jest bowiem niezwykle opornym uczniem, który w dodatku robi wszystko, by się od szkolenia wymigać. A to ją głowa boli, a to chce się opalać, a to schowa się tak, ze ledwo mogę ją znaleźć. A przecież wszyscy dobrze wiedzą, że żeby komandos był sprawny i cenny musi ćwiczyć. Dlatego właśnie podjąłem specjalne starania i wdrożyłem nowatorski plan jeśli chodzi o zrobienie z Roksiaka prawdziwego komandosa. Szeregowiec Roksiak albo padnie, albo będzie komandosem. jedno jest pewne - nie poddam się.
Roksiakowe szkolenia rozpocząłem od wykorzystania niezwykle cennego elementu ćwiczeniowego jakim jest jeden z naszych namiotów. Sprawa nie była łatwa. Szeregowiec, przeczuwając ze będzie to szkolenie ostre odmawiał wejścia do namiotu. Ale sami wiecie... moja charyzma, mój urok osobisty zrobiły swoje. Kiedy już udało mi się zapędzić ją do środka dalej było prosto. Blokujesz wejście i szkolisz Roksiaka do walki w małych pomieszczeniach. A tak wygląda Roksiak po szkoleniu:
Etykiety:
filmy,
raporty głodującego,
Roksiak,
techniki komandoskie,
Zbój
SZKOLENIA KOSMICZNE
W związku z przedłużająca się dietą, na którą zostaliśmy z Roksiakiem skazani przez naszą podstępną Panią Weterynarz, dowództwo - czyli ja, zadecydowało, ze należy poszukać innych źródeł jedzenia, niż dotychczasowe:
* miski,
* pudełko z chrupkami
* okazjonalne żebractwo.
Dlatego też rozpocząłem przygotowania do przyszłego szkolenia Roksiaka w ramach misji Mleczna Droga.
Początkowe obawy, co do braku odpowiedniego zaplecza szkoleniowego [ namiot nie nadaje się do wszystkich ćwiczeń] zostały rozwiane po wizycie w łazience, nie w celach kuwetowych.
Okazało się bowiem, ze posiadamy doskonały sprzęt ćwiczeniowy. PRALKĘ.
Dokładne oględziny wykazały, że w pralce mieści się jeden kot [ Roksiak nie będzie mógł narzekać że tylko ona się naraża]. . W środku jest trochę ciemno i łapy się rozjeżdżają, ale w kosmosie nie może być wygodnie.
Próbowałem namówić szeregowca Roksiaka, żeby tam wszedł, ale nie chciał. Mówi, ze po ostatnich ćwiczeniach namiotowych nadal jest zakręcony. Tłumaczyłem, ze to nawet dobrze, bo nie poczuje różnicy, ale się uparła.
Zwabię ją tam różowymi kulkami, jakie Pani czasem tam wrzuca. Muszę tylko przypilnować jak to zrobi.
Twórca kocich lotów kosmicznych - generał Zbój
TESTY NAMIOTOWE
Starannie przeprowadzone testy namiotowe wykazały:
* zawieszonej w środku piłeczki nie da się urwać, ale doskonale ciągnie się za nią namiot
* nie można chodzić po domu z namiotem na głowie, bo nic się nie widzi
* turlanie się w namiocie wychodzi do momentu gdy nie wpadam pupalem w otwór drzwiowy - wtedy wypadam z namiotu
* piłeczką w środku namiotu nie da rady się bawić - jestem za duży
* troczki na zewnątrz namiotu doskonale nadają się do zabawy
* jeśli skacze się na namiot z kanapy -namiot ucieka w bok
* nie można wybić się z namiotu jak z trampoliny - efekt jak przy skakaniu z kanapy
* namiot jest doskonały do napadów na Roksiaka [ z zasadzki]
* w namiocie mieszczą się wszystkie moje zabawki i skarby, ale ja się wtedy nie mieszczę
* nie można wejść do namiotu przez okienko
* namiot najlepiej przeciąga się w inne miejsce za troczki
i to by było na tyle.
komandoski tester - Zbój
SZKOLENIE SZEREGOWCA ROKSIAKA
Od dwóch dni szkolę szeregowca Roksiaka. To najbardziej odporny szeregowiec jakiego znam. Tłumaczę mu: Roksiak akcja komandoska ma sens, gdy wiesz że zdobędziesz coś do jedzenia i dla siebie i dla mnie. A co na to Roksiak? Wczoraj przeprowadził akcję komandoską na kanapkę Pani i wylizał masło. SAM!!! Nawet nie zgłosiła, ze podejmie działania desantowe na tą kanapkę. Po prostu łapy mi opadły. A Roksiak tylko siedział i się oblizywał. Ehhh...
Zdesperowany szef komandosów - Zbój
Zdesperowany szef komandosów - Zbój
Etykiety:
jedzonko,
raporty głodującego,
Roksiak,
techniki komandoskie,
Zbój
Subskrybuj:
Posty (Atom)