Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzonko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzonko. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 kwietnia 2010

AKCJA: PTYSIE



Niedawno udało mi się przeprowadzić niezwykle udaną akcję pod kryptonimem "PTYŚ". Było tak... Pani upiekła ptysie. Jak tylko Zbój zobaczył co jest wyjmowane z piekarnika od razu dostał korby. Musi zjeść ptysia i koniec. Nie pomogły tłumaczenia, że ptysie są jeszcze gorące. Zwinął dwa z blachy, jaką Pani niedawno wyjęła. Oczywiście nie mógł ich zjeść od razu, bo były gorące, a potem nie miał szans zjeść ich bez lania, bo Pani się wkurzyła. Ja byłam sprytniejsza. Poczekałam, aż Pani pójdzie do łazienki, zakradłam się do tacy z ptysiami i wzięłam sobie jednego. Potem schowałam go pod kocem, a jak nikt nie patrzył mogłam spokojnie zjeść jak cywilizowany kot na kanapie. Bez pospiechu, bez lania... I kto w tym domu jest największym komandosem? Oczywiście ja - ROKSIAK

sobota, 9 stycznia 2010

ŚWIĘTA WG ROKSIAKA

W tym roku zaplanowałam prawdziwe święta. Takie, po jakich mogłabym być:
a) wypoczęta
b) objedzona smakołykami
c) przygotowana do kolejnych miesięcy życia z bratem mordercą.
Dlatego postanowiłam się niczym nie przejmować już od początku. Spakowałam myszę do kosza i jak Pani postanowiła dać mi taką niebieską podróżną tabletkę, zjadłam bez wydziwiania. Nie lubię tych tabletek, ale trzeba przyznać, że zasypia się po nich i dzięki temu nie stresuje mnie tyle godzin jazdy samochodem. Podobno Zbój coś szalał, ale nie wiem tego na pewno, bo jak się obudziłam to byliśmy już na miejscu.
Tegoroczny pobyt był pod znakiem obżarstwa. Dostałam prawdziwej szyneczki- takiej co pachnie w całym domu, a potem jeszcze Tato mojej Pani usmażył dla mnie rybkę. Na początku troszkę się zdenerwowałam, bo Pan gdzieś zniknął i długo nie wracał - usiłowałam nawet Panią zmusić żeby poszła go szukać, ale jakoś nie chciała. A potem była polędwiczka [ mniej niż chciałam, więc jak wszyscy wyszli to sama weszłam na szafkę i poczęstowałam się dodatkowo wszystkimi plasterkami jakie leżały.] Pani się złościła - ale tylko Pani. Ona ogólnie taka nerwowa, więc przestałam się przejmować. A potem pomagałam robić tatara i za pomoc dostałam swoją porcję mięska [ mniam mniam].
Oczywiście czasem musiałam pomóc nie tylko w kuchni. Jak Pani i Mama Pani, i Siostra Pani pakowały prezenty, to wszystkim im pomagałam z wiązaniem wstążeczek, a trochę tego było. Co prawda wszystkie mi mówiły że nie muszę pomagać, ale ja wiem, że mówiły tak tylko przez grzeczność, więc jednak im pomagałam.
Poza tym wszyscy mówili mi, że jestem najpiękniejsza, bawili się ze mną, a jak byłam zmęczona to miałam swój fotel i kocyk...
***
Oczywiście jak okazało się, że przytyło mi się z kilogram, to Pani zaraz poskarżyła Pani doktor i teraz musze żyć na samych chrupkach. W dodatku Zbój podsłuchał, że może nie pojedziemy nad może na święto jajek, bo Pani się źle czuje.
To by było straszne... czekać, aż do następnej choinki na szynkę.

piątek, 21 sierpnia 2009

POLITYKA NA OSTRZU PAZURA



Roksiak to jednak tchórz jest, a nie komandos. Tyle ją szkolę i nie widać nic z efektów. Mówię jej, jak chcesz chrupek to trzeba ostro. Idziesz i mówisz do Pani " Chrupek! Teraz do miski i to z górką!", a nie jakieś błagalne patrzenie w oczy, jakieś delikatne pomiaukiwania... Na panią działa tylko polityka na ostrzu pazura. Liczy się z silnymi, słabymi rządzi... ale oczywiście Roksiak nie słucha i dalej swoje.
Żal mi się jej zrobiło, więc podchodzę do Pani i mówię: "Chrupek! Dla mnie i dla Roksiaka. Teraz!". Pani oczywiście udawała twardą, wiec odmówiła. No to pokazałem Roksiakowi jak się toczy rozmowy na ostrzu pazura. Wyminąłem Panią, podszedłem do pojemnika z chrupkami i sam sobie otworzyłem.
Roksiak najpierw się czaił, ale potem sam przyszedł skorzystać z dodatkowej chrupkowej porcji.

niedziela, 16 sierpnia 2009

DOBRY BRAT


Pani ostatnio ma jakieś dziwne pomysły odnośnie właściwego odżywiania kotów. Pewnie naczytała się jakiś pisanych przez ludzi książek i postanowiła, że będziemy ze Zbójem jeść o stałych porach. Może i to zdrowe, ale jak mój brzuch mówi, że chce chrupków o 12:05, to znaczy, że chce chrupków o 12:05 tu i teraz i nie zamierza czekać jeszcze dwóch godzin, bo tak się Pani ubzdurało. Dlatego właśnie zawarłam ze Zbójem pakt o współpracy chrupkowej. Jak chcę chrupków to już nie idę do Pani, tylko do Zbója - bo on to dziwne pudełko umie otwierać i jem sobie tyle chrupków ile chcę, a nie tyle ile Pani mi wyznaczy w oparciu o te swoje książki.
Odkąd mam stały dostęp do chrupków życie nabrało nowych kolorów. Czasem nawet taki brat jak Zbój jest dobrym bratem...

ZBÓJNIKOWE BADANIA NAD CZEREŚNIAMI


Ostatnio nie miałem czasu zaglądać na bloga, bo mam pełne łapy roboty.
Po pierwsze kończyłem raport z badań nad "właściwościami czereśni i ich zastosowaniem w życiu kota".
Po drugie przeprowadzałem zintensyfikowane szkolenia poziomu drugiego dla wszystkich odnalezionych myszy.
Po trzecie ... no to już prywatna sprawa.

Fragmenty raportu z badań nad czereśniami

W związku z faktem, że Pani przyniosła do domu ostatnio nowe coś - czereśnie - czułem się zobowiązany poświęcić cały swój wolny czas na badania. W mojej decyzji utwierdziła mnie postawa Pani, która czereśnie umieściła w misce i postawiła na stole, czyli - przynajmniej teoretycznie- miejscu gdzie nie wolno nam z Roksiakiem wchodzić. To obudziło we mnie badacza - odkrywcę.
Podstawowym problemem było zdobycie materiału do badań. Na szczęście jestem najlepszym na świecie komandosem, więc taka akcja to miska z mlekiem, że się tak wyrażę. Szeregowiec Roksiak dostał zadanie odwrócenia uwagi Pani rozpaczliwym miauczeniem w kuchni [ chodziło o wywabienie Pani z pokoju, w którym były czereśnie]. Potem już nic trudnego. Szybki skok na kanapę, odbicie, skok na fotel. Szybki zwrot o 90 stopni... i już jestem na stole [ tu co prawda była serweta, na której się nieco przejechałem, ale to nic]. Porwanie z miski kilku obiektów do badań i szybka ucieczka do sypialni państwa. Całość wykonana w ułamku sekundy.
badania wykazały:
* czereśnie doskonale się turlają, niestety nie można polować na nie z pazurami.
* czereśnie nie są odporne na zadawane ciosy, co powoduje, że jako przeciwnik szybko nie nadają się do dalszej zabawy
* czereśnie - mimo zapewnień szeregowca Roksiaka, nie nadają się do jedzenia, a sok brudzi i skleja futro [ tarzanie się na czereśniach nie jest wskazane]
* czereśnie maja taki patyk - chwytnik, dzięki czemu są łatwe w transporcie [ przynajmniej póki jest chwytnik], jednak wtedy nie da rady ich turlać
* czereśnie są jak szeregowiec Roksiak - jak tylko usłyszały, że chcę przeprowadzić na nich szkolenie komandoskie wturlały się pod kanapę i nie mogłem ich sięgnąć łapą
* zdecydowanie nie można przeprowadzać szkolenia w państwa łóżku, bo zostawiają ślady, a to kończy się laniem dla instruktora.
Podsumowując. Czereśnie nie są w stanie zastąpić szeregowca Roksiaka, który co prawda chowa się przed szkoleniem, ale łatwiej go wyciągnąć spod kanapy, jest bardziej odporny na ciosy i co najważniejsze - nie zostawia śladów na pościeli, dzięki czemu nie dostaję tak często lania od Pani. Jednym słowem - CZEREŚNIE NIE SA W STANIE ZASTĄPIĆ ROKSIAKA. MUSZĘ POSZUKIWAĆ DALEJ.

czwartek, 21 maja 2009

AKCJA "PARÓWKA"


Nie ma zbyt dużo czasu, więc tylko krótki raport.
W związku z nowo nabytą umiejętnością wskakiwania na kuchenne szafki, a także dzięki pogłębionej wiedzy na temat działania kuchenki oraz doskonałemu przygotowaniu komandoskiemu uniezależniłem się od Pani, jeśli chodzi o jedzenie. [ W końcu jestem już absolutnie dorosłym kotem]
W dniu wczorajszym przeprowadziłem udaną akcję na parówkę. Była doskonała. Lekko podgrzana i ... bardzo duża. Roksiak zazdrościł mi pół dnia. A lanie nie było takie złe. Myśł o parówce pozwoliła mi je przetrwać.

poniedziałek, 18 maja 2009

WEZWANIE TOFFI



Każdy mężczyzna od czasu do czasu lubi coś słodkiego . No, a już taki 200 % mężczyzna- komandos jak ja, to szczególnie. Dlatego właśnie postanowiłem wyręczyć moją Panią [ ona taka zapracowana ostatnio] i sam poczęstowałem się toffi. Nie było tego dużo - trochę rozsmarowane na desce, ale jestem przekonany, że jak Pani przypomni sobie, że nie dostałem swojej porcji, to ją dostanę. Przy okazji okazało się ze na szafce są resztki chrupek z miski, którą Pani, pewnie też przez przypadek, zabrała wczoraj z podłogi, więc je dokończyłem - co się będą marnować.
Oczywiście całą akcję przeprowadziłem bardzo sprawnie i nic nie zrzuciłem na podłogę. Pani będzie ze mnie dumna, choć dla takiego komandosa jak ja to nie jest wielki wyczyn. Ciekawe czy pan tez będzie dumny, że już doskakuję do wszystkich szafek?

piątek, 15 maja 2009

KONIEC DIETY I MEKSYKAŃSKA KUCHNIA

NARESZCIE...NARESZCIE...NARESZCIE!!! W dniu 4 maja zakończyły się moje męczarnie z dietą. Po długich przemyśleniach i analizach moja Pani weterynarz doszła wreszcie do wniosku, ze waga 6,7 kg jest dla mnie optymalna i nie muszę być dalej głodzony. Mogła mnie spytać wcześniej, to od razu bym jej powiedział, ze to nie tłuszcz daje mi taka wagę tylko komandoskie mięśnie wyrobione w czasie wielu walk z szeregowcem Roksiakiem, a brzuch to wcale nie oznaka obżarstwa - jak twierdzi mój Pan, tylko oznaka szacunku i władzy.
Oczywiście nie mogło być idealnie. Moi Państwo dostali długą listę, co mogę jeść a czego nie. Meksykańskie jedzonko zostało zabronione, ale... jakoś sobie radzę. w końcu życie bez nachos'ów? Co to za życie?

PIEKARNIK - ŹRÓDŁO JEDZONKA



Moje wnikliwe komandoskie obserwacje jasno wykazały, ze źródło, z którego pochodzi najlepsze jedzonko to ... piekarnik. Dlatego też, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja postanowiłem się upewnić, że właśnie tak jest. Niestety. Jeśli piekarnik jest zimny i mogę tam prowadzić poszukiwania, to nic w nim nie ma. A jeśli coś jest... np. nachos [ mniam, mniam] to jest tak gorący, że parzę sobie łapy, więc o wejściu do środka nie ma mowy. Musze to jeszcze dopracować.
Zawsze gotowy do akcji - Wasz Zbój Komandos

niedziela, 10 maja 2009

TECHNIKI ŻEBRACZE

Państwo przyjmują dziś gości. NIESTETY, NIE MA ZNAJOMEGO KUCHARZA :-((( Siedzimy w kuchni ze Zbójem i każdy na swój sposób próbuje wyżebrać coś od Pani. To nie takie proste, ale i tak łatwiej od Pani niż od Pana. Pan zawsze powtarza, że koty mają swoje miski, swoje jedzenie i że on też by chciał tak dobrze jeść.
No a czy ja mu bronię?!!!
Czy choć raz przyszedł i powiedział : "Roksiaku daj mi swoich chrupków". Przecież bym mu dała. Niech sobie Pan pochrupie. Dobrze mu to zrobi na zęby i sierść, bo choć ma jej więcej niż Pani to i tak jakoś mało, a w niektórych miejscach puste placki ma nawet.
Wiec jak ja przychodzę i mówię mu: "Daj mi trochę rybki, albo podziel się krewetką" to powinien dać mi trochę rybki albo podzielić się krewetką. Tak uważam. Ale nie.
Tak więc siedzimy i każde z nas ma swoją technikę na wyżebranie.
Zbój miauczy, ociera się o nogi Państwa, ale to nie jest dobra technika, bo ostatnio Pan o mało się nie przewrócił, co tylko go rozzłościło. Potem opierał łapy o szafkę, oczywiście Zbój nie Pan, wyciągał się jak tylko mógł najmocniej i próbował pazurem ściągnąć coś z blatu. Ale jest za mały. Nawet ja jestem za mała, bo jak Państwa nie było w kuchni to sprawdziłam czy dosięgnę i nie dosięgnęłam. Nawet jak bardzo mocno się wyciągnęłam, a jestem przecież większa od Zbója.
W efekcie Zbój wyżebrał dla nas małego brokuła i kawałek cebuli. Od razu zrezygnowałam, ale Zbój był twardy. Pan mu wjechał na ambicję, bo powiedział: " Przecież ty tego nie jesz". Więc Zbój zjadł. Mówił potem, że brokuła da się jeszcze przeżyć, ale ta cebula... okropność.
A ja mam inną technikę. Siedzę sobie grzecznie na progu kuchni, tak, żeby nikomu nie przeszkadzać, ale żebym była widoczna. I siedzę. Nie miauczę. Nie plączę się pod nogami Państwa. Nie mruczę. Nie sięgam łapami do blatu... Po prostu siedzę.W efekcie Państwo stwierdzają, że jestem grzeczna i zawsze coś dostaję. tym razem udało mi się wyżebrać troszkę kurczaczka, troszkę rybki i kilka plasterków salami. Zbój też się załapał.

ZBÓJOWA DIETA, ROKSIAKOWE KOPYTKA I WIADOMOŚCI PODPROGOWE


Trochę przybrałam na wadze i od razu wielkie halo. Czy ja innym sprawdzam wagę? Nie. Czy ja trąbię, że Pani ostatnio przytyła? Nie. A ona jakby mogła to by w gazecie ogłoszenie zamieściła.
Ledwo Pan przyszedł do domu, a Pani od progu " Słuchaj czy mi się wydaje czy Roksana przytyła i boczki jej się zaokrągliły?"
No i zaczęło się: ważenie, mierzenie i spekulacje. Jakbym po prostu nie mogła sobie spokojnie przytyć.
***
Jeśli Państwo nie zaczną karmić Zbója normalnymi chrupkami to normalnie przysięgam, że zacznę mu je w pysku przemycać. Jakiejś korby dostał po prostu. Biega jak wariat po całym domu z kawałkiem gąbki w zębach i tylko zagrożenie sieje. To podobno opracowane przez niego ćwiczenia na utratę wagi. On głupi myśli, że jak zrzuci kilka kilo, to Pani zacznie znów go chrupkami karmić tymi co mnie. Naiwniak. Wiadomo, że Pani dojdzie do wniosku, że to świetna dieta i Zbój do końca swoich dni będzie na niej.
***
Jestem niezwykle mądrym kotem. Czytam różne książki. Głównie te, które Państwo zostawią na podłodze albo na kanapie, ale to się nie liczy. Ważne jest to że czytam.
Ostatnio czytałam o wiadomościach podprogowych.
Postanowiłam, że wypróbuję je na Panu. Jak tylko wrócił i zaczął jeść obiad - pyszne kopytka odsmażane na masełku - usiadłam na oparciu fotela, na przeciwko niego i wysyłam mu wiadomość: "Daj kopytko Roksiakowi", "Daj kopytko Roksiakowi". I patrzę na niego intensywnie, a potem na kopytko na talerzu i znów na Pana. "Daj kopytko Roksiakowi"...
A Pan mi na to: "Roksiaku nie masz się co patrzeć. Koty nie jedzą kopytek. Uwierz Panu"... Postanowiłam, że się nie poddam i jeszcze raz wysłałam mu tą podprogową wiadomość : "Daj Roksiakowi kopytko".
Ostatecznie Pan mi kopytka nie dał. Chyba tych progów nie ma i dlatego wiadomość podprogowa do niego nie dotarła. Na szczęście wyszedł na chwilę do kuchni, więc sama sobie wzięłam kopytko. Takie z brzegu talerza. Jedno dla mnie, jedno dla Zbója, żeby mi potem nie marudził. I okazało się, że koty jednak jedzą kopytka. Zaczynam wątpić, czy aby na pewno mój Pan wie wszystko.
***
Dalej eksperymentuję z tymi wiadomościami podprogowymi. Tym razem wysyłałam wiadomość Zbójowi. Daj Roksanie swoją nitkę. DZIAŁA!!!! Mam nitkę Zbója. Jak się trochę pobawię to mu ją oddam.

NAUKA GOTOWANIA

Okej. Podstawą gotowania jest : NIE WKŁADAĆ ŁAPY DO MISKI Z SAŁATKĄ. I tylko tyle. To jest najważniejsze.
No dobra, ta zasada ma jeszcze tekst malutkim druczkiem: WTEDY KIEDY PANI PATRZY.
Ale od początku. jestem dziewczynka i każdy wie, że dziewczynki powinny gotować. No to postanowiłam się nauczyć. No to się uczę. Przeglądam z Panią książki jak robi obiad, ale na tym współpraca w dobrych stosunkach nam się kończy. No jak ja mam się nauczyć gotować, jak siedzę w przedpokoju?! Nic stamtąd nie widzę. Więc weszłam sobie na szafkę. A Pani od razu krzyczy i mówi, że mam zejść z szafki, bo i tak nic nie wyżebrze. A czy ja chcę żebrać? Uczyć się chcę. Ale Pani jak to Pani. Nie zrozumiała i mnie pogoniła. No to nie było rady. musiałam wejść na lodówkę. Pani trochę po marudziła, ale w końcu dała za wygraną i mogłam siedzieć na lodówce. Teraz przynajmniej wszystko widzę. I mogę się uczyć.
AAAAA krewetki... Czy jest coś lepszego niż krewetki?... No dobra, jest. Tuńczyk. Ale krewetki są zaraz za nim. A Pani dziś robi sałatkę z krewetek. No to siedzę i patrze. Jakieś zielsko, jakieś kulki - kukurydza albo groszek, nigdy nie wiem, które jest które, ale jedno z nich lobię. Tez nigdy nie pamiętam które, więc za każdym razem muszę próbować. I krewetki. Mniam.
Pani co trochę próbuje i coś tam dosypuje. Mówię, jej że też bym chciała spróbować. Nie pozwoliła. Nie miałam wyjścia, jak Pani wyszła zeszłam z lodówki i wskoczyłam na szafkę. I wcale nie było to wyżeranie krewetek, jak mnie później oskarżono! Ja tylko próbowałam, czy dobra. W trosce o Pana oczywiście, który potem miał ją jeść.
I oczywiście jak próbowałam akurat krewetki, to wszedł Zbój. Jest taki gruby, że sam nie może wskoczyć na szafkę, więc chciał, żebym mu też dała. Mówię, mu że ja nie wyżeram tylko próbuje, a on mi na to, że jak mu nie dam krewetki, to zawoła Panią. No to nie miałam wyjścia. I właśnie wtedy, jak szukałam w sałatce jakiejś większej krewetki dla Zbója [ żeby potem nie mówił, że sobie to duże wyciągam, a jemu to jakąś małą] weszła Pani.
I zaczęło się kongo. Pani w krzyk, ja z tą łapą w sałatce, jeszcze mi się jakieś zielsko przyczepiło... Dosłownie w ostatnim momencie nadziałam na pazur jeszcze jakiś mały kawałek krewetki i w nogi. Pani za mną. A Zbój, przez którego to wszystko siedzi i nic na moją obronę nie mówi.
Ostatecznie dostałam lanie i mam zakaz wchodzenia do kuchni, ale plusem jest to, że jeszcze się załapałam na trochę sosiku... tego na łapie.
Stad właśnie wiem, że podstawową zasadą przy gotowaniu jest: NIE WKŁADAĆ ŁAPY DO MISKI Z SAŁATKĄ.
***
A Zbójowi, już nigdy nic nie podam z szafki.

POLOWANIA NA PAPRYKĘ


Są takie dni w życiu każdego kota kiedy staje się komandosem - polownikiem. w takich dniach poluje się na wszystko. Zwłaszcza gdy istnieje możliwość polowania na nieodkrytych do tej pory terenach. Ja odkryłem taki dziewiczy teren w kuchni. Ni to żebym nigdy tam nie bywał... w końcu jedzenie jest sensem mojego życia, ale... do tej pory byłem za malutki, żeby zobaczyć co dzieje się na półkach i szafkach - potem byłem już całkiem duży, tylko ze względu na opłacony abonament z grawitacji jakoś to skakanie na takie wysokości mi nie wychodziło. Na szczęście odkryłem tzw. wspinaczkę wysokoszafkową. od tego momentu mogę polować na szafkach kuchennych.
technika jest niezwykle prosta. bierzesz rozpęd, odbijasz się tak wysoko jak się da, wbijasz pazury gdzie się da, a potem trzeba już tylko tylnymi nogami mocno przebierać. efekt murowany. Poniżej zdjęcia z polowania na papryke.

SAMOTNOŚĆ



JESTEM TAKI SAMOTNY...
tylko moje zabawki mi pozostały. Dobrze, że Pani znalazła je wszystkie, jak odkurzała.
Tak ciężko jest je wszystkie upilnować.
Na szczęście jest Pani...Ona jakoś je znajduje. Nie wiem jak to robi.Dziura w drzewku przestaje być zabawna, gdy wpada w nią piłeczka.
Zwłaszcza, gdy ciut się przytyło i prawdopodobieństwo utknięcia w dziurze jest zbyt duże by ryzykować za nią skok. Co prawda zapowiadało się, że wieczór będzie równie samotny jak popołudnie, na szczęście do Państwa przyszli znajomi.
Uwielbiam znajomych Państwa.Trochę pomruczę i są moi.Cóż mogę powiedzieć. ten urok, ten szyk, ta mała kocia mordka stworzona do kochania... cały ja.Znajomy Państwa był kucharzem...
Saszetka saszetką, chrupki chrupkami, ale co surowa indycza pierś to surowa indycza pierś.... wystarczyło trochę pożebrać.
Roksiakowi też się coś dostało...

sobota, 9 maja 2009

SOBOTNIE PRZYJĘCIE


Państwo przyjmują dziś gości. NIESTETY, NIE MA ZNAJOMEGO KUCHARZA :-(((
Siedzimy w kuchni ze Zbójem i każdy na swój sposób próbuje wyżebrać coś od Pani.
To nie takie proste, ale i tak łatwiej od Pani niż od Pana. Pan zawsze powtarza, że koty mają swoje miski, swoje jedzenie i że on też by chciał tak dobrze jeść.
No a czy ja mu bronię?!!!
Czy choć raz przyszedł i powiedział : "Roksiaku daj mi swoich chrupków". Przecież bym mu dała. Niech sobie Pan pochrupie. Dobrze mu to zrobi na zęby i sierść, bo choć ma jej więcej niż Pani, to i tak jakoś mało, a w niektórych miejscach puste placki ma nawet.
Wiec jak ja przychodze i mówię mu: "Daj mi trochę rybki, albo podziel się krewetką" to powinien dać mi trochę rybki albo podzielić się krewetką. Tak uważam. Ale nie.
Tak więc siedzimy i każde z nas ma swoją technikę na wyżebranie.
Zbój miauczy, ociera się o nogi Państwa, ale to nie jest dobra technika, bo ostatnio Pan o mało się nie przewrócił, co tylko go rozzłościło. Potem opierał łapy o szafkę, wyciągał się jak tylko mógł najmocniej i próbował pazurem ściągnąć coś z blatu. Ale jest za mały. Nawet ja jestem za mała, bo jak Państwa nie było w kuchni to sprawdziłam czy dosiegnę i nie dosięgnęłam. Nawet jak bardzo mocno się wyciągnęłam, a jestem przecież większa od Zbója.
W efekcie Zbój wyżebrał dla nas małego brokuła i kawałek cebuli. Od razu zrezygnowałam, ale Zbój był twardy. Pan mu wjechał na ambicję, bo powiedział: " Przecież ty tego nie jesz". Więc Zbój zjadł. Mówił potem, że brokuła da się jeszcze przeżyć, ale ta cebula... okropność.
A ja mam inną technikę. Siedze sobie grzecznie na progu kuchni, tak, żeby nikomu nie przeszkadzać, ale żebym była widoczna. I siedzę. Nie miauczę. Nie placzę się pod nogami Państwa. Nie mruczę. Nie sięgam łapami do blatu... Poprostu siedzę. W efekcie Państwo stwierdzają, że jestem grzeczna i zawsze coś dostaję. Tym razem udało mi się wyżebrać troszkę kurczaczka, troszkę rybki i kilka plasterków salami.

PREZENT WHISKASOWY

Kiedy skończyłem pół roku dostałem paczkę od Whiskasa. Już nie moge się doczekać pierwszych urodzin. Może tez coś dostanę...? A paczka była... bardzo smaczna. I nawet nie byłem sobkiem i podzieliłem się z Roksiakiem. Podobno Roksiak tez taką dostał, tylko zamiast mleka dostała myszę. Na szczęście ja mam inne myszy więc jakoś mi nie przeszkadza, ze zamiast tego dostałem mleko.

KWESTIA SZAFY


Ale ja miałem pracowitą noc...
Właściwie to zaczęło się już wieczorem, kiedy okazało się że muszę walczyć ze skalpem na łóżku. W dodatku był tam Roksiak, więc najpierw musiałem walczyć z Roksiakiem - zwyciężyłem, a potem jeszcze ze skalpem. Tez zwyciężyłem. A potem się okazało, że muszę naprawiać szafę, i zeszło mi prawie całą noc.
Uszczelka przy drzwiach nie tylko nie chciała się tak łatwo oderwać, ale w dodatku uciekała mi z łapek. Nie wspomnę że ciągle Pan mi przeszkadzał, twierdząc, że hałasuję. No napraw szafę w ciszy...Wszyscy wiedzą że się nie da!
Oczywiście rano Pan zaspał i musiałem go obudzić, żeby nie spóźnił się do pracy, a przy okazji jak już wstał, to mógł mi nałożyć saszetkę do miski.
Z reszta byłem bardzo delikatny. Położyłem się i mruczałem... No może mruczenie było wspomagane podgryzaniem... ale podgryzałem tylko Pana.

JEDZONKO I ZABAWA

Koty nie jedzą ziemniaków.
Zwłaszcza surowych.
Ale ziemniaki świetnie nadają się do zabawy.
Zwłaszcza ... surowe.
[ Zbój]

ŚWIĄTECZNA DIETA




Wiedziałem, że przedświąteczna wizyta u Pani weterynarz to nie najlepszy pomysł. Oczywiście jej oszukańcza waga pokazała, że ważę 7 kilo i zostałem wbrew własnej woli zmuszony do ścisłej diety. Dostaje tylko parę specjalnych chrupków, na dno miski. PO PROSTU KOSZMAR!
świąteczny głód zmusił mnie do poszukiwań innego źródła jedzenia [ próby żebracze i metoda na "biednego małego kotka" przestały działać]. Na szczęście mój fumfel Tyberiusz podzielił się ze mną swoimi świątecznymi przysmakami.

Ja nie wiem jak on może uznawać to za przysmak. jakieś takie toto... bez smaku i w ogóle, no ale cóż... darowanemu owsu nie zagląda się w korzenie. Z reszta lepsze to niż to co miał w misce. Suche takie, niby kolorowe jak moje dawne chrupki, ale jeść się tego nie da.
Komandos Zbój - wegetarianin z przymusu
P.S.
Szeregowiec Roksiak - nie objęty dietą oczywiście żarł świąteczną szynkę. i nawet okruszki z kapy wylizała. Sobek jeden

SZKOLENIE SZEREGOWCA ROKSIAKA

Od dwóch dni szkolę szeregowca Roksiaka. To najbardziej odporny szeregowiec jakiego znam. Tłumaczę mu: Roksiak akcja komandoska ma sens, gdy wiesz że zdobędziesz coś do jedzenia i dla siebie i dla mnie. A co na to Roksiak? Wczoraj przeprowadził akcję komandoską na kanapkę Pani i wylizał masło. SAM!!! Nawet nie zgłosiła, ze podejmie działania desantowe na tą kanapkę. Po prostu łapy mi opadły. A Roksiak tylko siedział i się oblizywał. Ehhh...
Zdesperowany szef komandosów - Zbój