Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbój. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbój. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 lutego 2011

OSTATNI BASTION KOCIEJ WOLNOŚCI

Nie ma się co oszukiwać. Dni kociej wolności w tym domu są policzone. Mikro Pani postanowiła zawładnąć drzewkiem. Muszę przyznać, że zrobiła to całkiem sprytnie i gdyby nie to, że jest ludziem, to byłby z niej w przyszłości doskonały koci komandos.
Na początku zaczęło się niewinnie. Niby tak przypadkiem udawało się jej podpełznąć do drapaka. Raz, drugi... Potem niby przypadkiem zainteresowała się wiszącą tam myszą [ zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo to taka całkiem zabawkowa mysza. Pan ja kiedyś kupił dla Roksiaka jak była mała. Bawimy się nią od czasu do czasu, żeby Pan się czuł usatysfakcjonowany, że kupił dobrą zabawkę, ale nawet chory na umyśle Roksiak wie, że to nie jest dobra mysza.]. No to jak się bawiła, to nawet byłem zadowolony, bo nie zabierała mi moich myszy, co jest bardzo ważne, bo są w trakcie szkolenia na drugi stopień ofiary komandosa.  I tak mijały sobie dni. Mikro Pani od czasu do czasu przypełzła, pobawiła się myszą, poskubała drapak i tyle. Aż tu ostatniego poranka, śpię sobie na drzewku i nagle czuję, ze coś mnie trzyma za ogon. Już miałem machnąć łapą z pazurami, bo to Pan ma takie głupie żarty, ale coś mnie tknęło. Otwieram oczy - Mikro Pani. Na razie dotarła do drugiego poziomu, co będzie dalej niewiadomo. Jedno jest pewne. Nie oddam placówki bez walki. Drzewko- bastion kociej wolności od Mikro Pani musi pozostać w naszych [ to znaczy moich, bo Roksiak się nie liczy] rękach to znaczy łapach. Czas pokaże, czy wygram, czy zginę w obronie słusznej sprawy.

sobota, 22 stycznia 2011

ZABAWKOWE WYMIANY I MIKRO PANI

No i stało się to, czego z Roksiakiem baliśmy się od jakiegoś czasu.
Mikro Pani stała się mobilna.
Po prostu koszmar jakiś. Nigdzie spokojnie nie można podrzemać, bo jak tylko zamknę oczy, od razu się zjawia.
Dziś też tak było. Tyle tylko, że tym razem nie przyszła się bawić [ jak to jest zabawa, to ja jestem pies ], ale na wymianę.
Okazało się, że spodobała jej się moja najnowsza mysza, którą dostałem od mikołaja.
Mikro Pani przyniosła na wymianę misia. W kapeluszu i z wstążeczkami... pomyślałem czemu by nie. Przyda się jakaś odmiana. Z resztą, nie oddaję jej myszy na zawsze, tylko wypożyczam na jakiś czas. Po 10 minutach Mikro Pani znów przydreptała i mówi, że mysza nadal u niej zostaje, ale chce odzyskać misia. Ma na wymianę pingwina. Zgodziłem się od razu, bo do tego pingwina mam słabość ogromną.  Zabrałem pingwina i udaliśmy się na przedśniadaniową drzemkę. Nie zdążyłem jeszcze porządnie zasnąć, a tu przychodzi Mikro Pani i mówi, że mam jej oddać pingwina. Dobra, nie ma sprawy, ale oddaj myszę mówię. A ona na to, że od tej pory wszystkie myszy należą do niej. Pingwina też mam oddać, bo jak nie, to powie Pani.
Łapy mi opadły. Zdecydowanie, w tym domu, nie da się już normalnie żyć.

niedziela, 31 października 2010

PINGWIN

Są w życiu każdego kota takie chwile, kiedy trzeba powiedzieć DOŚĆ i wyznaczyć pewne granice. U mnie taka chwila nadeszła ostatnio.
Ja wiele rozumiem, ba na wiele mogę się zgodzić. W końcu jestem dorosłym, rozsądnym kotem, który w dodatku kocha Mikro Panią [ jakby nie patrzeć jestem jej starszym bratem].
Mogę się pogodzić z tym, że Mikro Pani dostanie wcześniej ode mnie jeść, mogę się pogodzić z tym, że Mikro Pani dostaje więcej pieszczot niż ja. Mogę się nawet pogodzić z tym, że odkąd w domu mieszka Mikro Pani ja nie jestem już noszony na rękach. Naprawdę mogę się z tym pogodzić.
Ale to, że Mikro Pani ma dostać Pingwina... co to, to nie! To ja go sobie upatrzyłem, jak jeszcze był zapakowany w torebce, a Mikro Pani nawet nie wiedziała, że Pingwin zamieszka w naszym domu. No, a wiadomo, że kto pierwszy zobaczy, ten zaklepuje. No i ja tego Pingwina zaklepałem! Ale nie! Mikro Pani musiała Pingwina też zabrać - jakby miała za mało zabawek.
Na szczęście jako wytrawny komandos wyśledziłem, że Pingwin [ wbrew własnej woli] przetrzymywany jest w łóżeczku. Zaplanowałem tajno-wojenną misję i odbiłem Pingwina. Niestety, nawet przeniesienie go do mojej strażniczej wieży nie pomogło. Jak tylko Mikro Pani zobaczyła, że nie ma Pingwina włączyła syrenę alarmową [ potrafi wydać z siebie straszne dźwięki] i Pani pingwina zabrała.
Nie pozostało mi nic innego, jak tylko zaplanować kolejną komandoską akcję,ale najpierw muszę zaplanować tajną skrytkę na odbitego towarzysza zabaw.
No cóż, Pingwin będzie musiał zejść do podziemia i bawić się ze mną tylko w nocy, jak wszyscy śpią.

wtorek, 21 września 2010

POŻEGNANIE TYBERIUSZA

W dniu dzisiejszym nasz fumfel - mój i Roksiaka. Największy komandos, nieoceniony towarzysz psot oraz niedościgniony nauczyciel kamuflażu przeniósł się po ciężkiej chorobie na pole wiecznej marchewki. Będzie nam brakowało Tyberiusza.

wtorek, 10 sierpnia 2010

NOWY KOT I ZBÓJ OBROŃCA


Ciągłe zmiany w naszym domu powodują, że już nie nadążam. Ostatnio śpię sobie spokojnie, a tu wpada na łóżko Roksiak i mówi, ze w pokoju dla tego nowego kota mieszka już kot i ze jest ogromniasty.
Patrzę na Roksiaka i mówię: Roksiak ty się uspokój. Nie ma większych niż ja kotów. A ona, że ten jest większy i że ma ogromne zęby i dużo sierści, i że czai się na podłodze.
Nie było wyjścia. Musiałem wstać.
wchodze do pokoju, patrzę i rzeczywiście. leży sobie kot. Ale jakiś dziwny. No to ja od razu, bez ostrzeżenia, wykonałem kilka komandoskich chwytów i zanim się ten kot spostrzegł już był pokonany.
Z komandosami nie ma co zaczynać.

środa, 7 lipca 2010

NOWE FIRANY, NOWE WYZWANIA














Każdy dobry komandos wie, że jeśli przestanie zapoznawać się z nowymi metodami walk i kamuflażu przestaje być komandosem. Na szczęście ja o tym wiem i dlatego ciągle ćwiczę. Kiedy okazało się, że Pani ma nowe firany nie było wyjścia. Musiałem sprawdzić ich wytrzymałość i użyteczność w moim codziennym, pełnym niebezpieczeństw życiu. A nie było to proste, bo Pani oczywiście [ jak zawsze, gdy chodzi o firany] przeszkadzała.
Ale od czego mój urok osobisty. Dzięki kociemu magnetyzmowi udało mi się przetestowac firany pod kątem:
  • turlania z owijaniem się [ doskonale się się sprawdzają, maskowanie na mumię zajmuje mniej niż 5 sekund].
  • maskowania z obserwacją zza firankową [ jak widzicie na poniższym zdjęciu prawie mnie nie widac]


 No może troszeczkę, ale to detal - wykorzystam też inne metody kamuflażu i będzie ok.
  • przyczajki zza firankowej [ sprawdzają się idealnie]
Niestety życie nie jest proste. Firany mają też swoje wady.  Nie dość, ze utrudniają wskakiwanie na parapet [ co i tak jest trudne, przez te wszystkie doniczki Pani], to jeszcze ciężko się z nich wyplątać, jak się zastosuje "mumię", bo pazury wchodzą w takie małe dziurki. Chciałem je po prostu rozciąć, ale Pani stanowczo zaprotestowała.
Oczywiście jak Pani je powiesiła, to się okazało, że są za krótkie, by można je było wykorzystać do czegoś pożytecznego. Zwyczajnie wiszą sobie w oknie i do niczego nie służą. Nie to co długie firany na starym mieszkaniu...
Szczęśliwie na koniec okazało  się, że Pani miała dla mnie niespodziankę. Nowe firany miały nowy sznurek. jak wiecie z wcześniejszych postów nasze stare firany też kiedyś miały sznurek, ale potem się tak jakoś wywlókł i nie było już czym się bawić. Te mają nowy i po pierwszych testach mogę śmiało powiedzieć, że całkiem nieźle się trzyma, także polowanie sznurkowe zostało reaktywowane.

środa, 19 maja 2010

NOWY KOT

Ostatnio z Roksiakiem poczyniliśmy [ zupełnie niezależnie] pewne obserwacje. Późniejsze konsultacje  pod stołem doprowadziły nas do następującego wniosku. Państwo postanowili mieć nowego kota. Innego wyjaśnienia nie ma. W dodatku chyba nas porzucą, bo coraz częściej ich nie ma w domu. A dla tego nowego kota kupują różne bardzo fajowskie rzeczy. Roksiak np. powiedział mi, że kupili mu takie mięciutkie łóżeczko do wspinania, nie to co nam kosze. A ja osobiście, na własne oczy i wąsy widziałem nowoczesne myszy, które nie tylko się ruszają, ale jeszcze wydają z siebie dźwięki.  Ja nie mam ani jednej takiej, a tymi nie wolno mi się bawić!
Nie było wyjścia. Musimy przekonać Państwa, ze jeszcze nie jesteśmy zużytymi kotami i spokojnie nie muszą nas wymieniać na jakiegoś nowego kota. Każde opracowało inny plan.
Ja pilnuję, żeby Pani miał ciepło w stopy jak śpi i każdego dnia budze ją moim rozkosznym mruczeniem [ nie prawda, że przypomina warkot traktora jak twierdzi Roksiak]. No i nie walczę już tak z Panem [ jak się go tylko drapnie to robi od razu wielkie halo], a nawet pozwalam mu spać w łóżku gdzie śpi Pani.
Roksana zaś stara się cały czas być na kolanach Pani albo Pana. Ale nie wiem czy to dobra strategia jest, bo Roksiak jest chudy i pewnie się państwu te jego kości wbijają w ciało.  No zobaczymy czy to podziała i pokonamy tego nowego kota. Czas pokaże.

środa, 21 kwietnia 2010

WOJNA O DRZEWO


Normalnie łapy mi już odpadają. Nie dość, ze mam coraz mniej czasu dla siebie [ musze się opiekować Panią, bo tak się spasła że toczy się jak kulka], polować na te jej żaby w brzuchu, bo chyba ma ich coraz więcej - normalnie bezkarnie sobie skaczą, to jeszcze Roksiak uparł się że moje drzewo to jego drzewo. No nie było wyjścia, musiałem wypowiedzieć wojnę.
Na szczęście jako prawdziwy komandos nie bałem się o wynik tej wojny.  Jestem mistrzem wojennej taktyki i każdego dnia ćwiczę na myszach. Co mogło pójść źle? Wszystko zaplanowałem w najdro-bniejszym szczególe. Plan był taki: czekam, aż Roksiak zaśnie na najwyższej półce, biorę rozpęd z przedpokoju, wskakuje na drzewo, a jak Roksiak zdąży się obudzić i zeskoczyć to odbijam się od półki, ląduję na kociej wyrzutni - tej co jest z boku, i robię na Roksiaka precyzyjny atak lotniczy.
No i prawie się udało, tylko wyrzutnia okazała się za słaba i zamiast wyrzucić mnie we właściwym kierunku, to się złamała. Dosłownie w ostatniej chwili ratowałem się awaryjnym lądowaniem w fotelu.
Na szczęście nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Roksiak tak się przestraszył, ze gdzieś się schował, a ja mogłem wreszcie trochę odpocząć na swoim drzewie.

środa, 3 marca 2010

KŁĘBKOWE ZABAWY

Są w życiu każdego dorosłego kota takie chwile, kiedy musi się pobawić jak mały kociak. Nie znam lepszego sposobu niż zabawa kłębkiem wełny. Co prawda Pani nie może zrozumieć tej potrzeby i zawsze się gniewa, no ale jakby nie chciała, żebym się bawił kłębkiem, to nie trzymałaby ich w tym pudełku pod stołem.
Z resztą nic się tej wełnie nie dzieje. Trochę ja tylko rozprostowuję, żeby nie była ciągle taka skręcona. I tyle.
Jak kłębek zniknie, to zostawiam Pani wełnę, a ona znów robi z niej kłębek.
Czyli i ja mam zabawę i Pani ma zabawę.

NOWE DRZEWO - ZBÓJ

Normalnie nie można już w tym domu oka zmrużyć, żeby potem nie natknąć się na jakieś zmiany. Zaczynam się zastanawiać, czy Pani robi to specjalnie czy po prostu tak jej wychodzi.
Dwa tygodnie temu zdrzemnąłem się po obiadku, a kiedy się obudziłem, okazało się, że Pani hoduje w brzuchu żaby, które ciągle skaczą. Nie mam jak na nie zapolować, bo widać je tylko jak skaczą, a jak chcę je pacnąć łapą, to przestają skakać. Ale... to jeszcze nic.
Kilka dni temu uciąłem sobie krótką, dwugodzinną drzemkę po trzecim śniadanku. Wstaję, idę do dużego pokoju [ drzemanie po śniadankach najlepiej odbywa się w łóżku Państwa, bo mają mięciutkie podusie i można się przykryć kołderką], patrzę, a tam wielkie drzewo. Aż do sufitu normalnie.
Jakby tego było mało, buszuje na nim Roksiak. Pytam się, więc Roksiaka co to za drzewo, a ona mi mówi, że jakoś tak wyrosło i że teraz należy do niej, bo widziała je pierwsza i już się poocierała.
Patrzę na Roksiaka i tak się zastanawiam, kto tu zwariował - ja czy ona? Przecież od razu widać, że drzewo jest w stylu fortecznym i może na nim mieszkać tylko komandos. Mówię to tej pomylonej kotce, a ona mi na to, że nieprawda, bo to jest drzewo roksiakowe, opracowane specjalnie do wypoczynku dla kotów nadrzewnych a ona takim właśnie kotem jest.
Popatrzyłem na to drzewko z różnych perspektyw i nie ma bata. To drzewo typowo forteczne, przeznaczone do:
a) szkolenia prawdziwych komandosów
b) lotniczych ataków na wroga
c) obserwacji powietrznych dużych powierzchni, w tym przypadku salonu.
Wyjaśniłem to Roksiakowi, a ona dalej swoje. No to mówię: Roksiak, a co w tym drzewku jest takiego, co wskazuje, że to drzewko wypoczynkowe? No jak mi odpowiedziała, to oniemiałem i łapy mi opadły. Hamaczki-bujaczki. Jakie znowu hamaczki - bujaczki ?- pytam. No te. Wziąłem głęboki oddech i tłumaczę. Roksiak to nie są hamaczki - bujaczki, tylko specjalistyczne komandoskie wyrzutnie. Jak chcesz zaatakować z powietrza jakiś bardziej oddalony cel, to włazisz na tą większa półkę, skaczesz na wyrzutnię i ona cię wyrzuca w kierunku celu. Oczywiście Roksiak mi nie uwierzył i musiałem jej zademonstrować. Niestety wyrzutnie nie są jeszcze skalibrowane i spadłem poza fotel.
W każdym bądź razie - drzewko jest komandoskie i tej wersji się trzymam. Teraz tylko muszę wyrzucić z niego Roksiaka i będzie doskonale.

sobota, 9 stycznia 2010

CHOINKA MATYLDA


Na dwa dni przed naszym wyjazdem Pani i Pan przynieśli do domu kolejne drzewo. Tym razem wiedziałem, że to drzewo to choinka, bo jak byłem w zeszłym roku nad morzem, to tam też stała choinka.
Tylko, że ta nasza była jakaś dziwna - mała i nie taka świecąca. Obwąchałem ją, żeby się upewnić i pachniała, jak tamta choinka, ale wyglądała zupełnie inaczej.
No nic. Jak Państwo pójdą spać, to zbadam tą choinkę - nie choinkę dokładniej. Na razie nie mam jak, bo wszystkiego mi zabraniają. " Zbóju nie rób tego...", " Zbóju nie rób tamtego...", "Zbóju tak nie można..."... Zwariować można.

piątek, 18 grudnia 2009

PINGWIN


Już jakiś czas temu Roksiak poznał Pingwina.
Właściwie tak do końca nie zostało nigdy wyjaśnione skąd się wziął u nas w domu.Podobno Pan go przyniósł, co jest raczej mało prawdopodobne, bo Pan raczej nie znosi do domu różnych rzeczy.
To Pani ciągle coś wyjmuje z torebek. Wiem, bo zawsze przeprowadzam inspekcję, czy aby przypadkiem nie ma tam czegoś, co właśnie mnie by się przydało. Z reguły nie ma, a jak już jest, to Pani mówi, że to nie dla mnie i taka z tym robota.
Wracając jednak do Pingwina. Stał sobie na biurku już jakiś czas, jednak nie wchodził mi w drogę, więc stwierdziłem, że nie będę się nim zajmował. No, ale Roksiak postanowił się z nim zaprzyjaźni.
Początkowo było słodko. Siedzieli na przeciw siebie i patrzyli słodko w oczy; potem były całuski w nosek, no a na końcu Roksiak stwierdził, że muszą przybić piątkę. I się zaczęło...
Okazało się, że Pingwin jest w świecie pingwinów komandosem i zastosował chwyt "żelazny uścisk" na łapie Roksiaka, a ściśle mówiąc na jego pazurze. Roksiak chciał zabrać łapę, ale Pingwin nie chciał Roksiaka puścić. Oczywiście Roksiak, jak to Roksiak - wpadła w panikę. Biegała po domu, skakała po meblach, ale Pingwin był dobrze szkolony i wytrzymał. W końcu Roksiak postanowiła wezwać prawdziwego komandosa na pomoc - czyli mnie. Kazałem jej mocno machnąć łapą, tak jak ja robię, gdy chcę zdjąć bandaż. Od razu zadziałało. Pingwin puścił.
Jak tylko Pingwin puścił Roksiaka i wylądował na kanapie, na której usiłowałem drzemać [ ale szaleństwa Roksany skutecznie to uniemożliwiały] pokazałem mu co znaczy spotkać na swojej drodze prawdziwego komandosa. Kilka szybkich chwytów, i piszczał jak mały pingwini pisklak. Oczywiście okazałem mu miłosierdzie i nie zagryzłem na całkowitą śmierć. Nastraszyłem jedynie i wrzuciłem za kanapę do ciemnicy. Roksiakowi powiedziałem, że jak chce atakować innych komandosów, to musi ukończyć szkolenie dla zaawansowanych komandosów, z którego już jakiś czas temu uciekła. Roksiak udał, że nie słyszy i poszedł do kosza na małą drzemkę, a ja wreszcie mogłem pokimać, jak miałem w planach.
***
Pani odnalazła Pingwina i ogłosiła amnestię dla nielotów. Znów stoi na biurku Pana, ale już nie jest taki pewny siebie, jak wcześniej. Schował się w kącie i jak idę, to usiłuje być niewidzialny.

DEPILACJA ROKSIAKA


Ostatnio bardzo dużo chorowałem. Dostałem niezliczoną ilość zastrzyków i wstrętne tabletki, które Pani podstępem zapakowała raz w szynkę, a raz w salami. Przyznaję, dałem się nabrać za każdym razem. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że nie wszystkie moje zmysły komandoskie dobrze działały, bo miałem katar.
Na szczęście już czuję się lepiej.
Co prawda Pani doktor na sam koniec ogoliła mi łapę [ co wcale nie jest śmieszne], bo razem z Państwem umyślili sobie wypompować ze mnie krew. I oczywiście się usprawiedliwiała, że musi mi ta łapę ogolić, bo nie może znaleźć żyły. Jasne, już jej wierzę, jak wcześniej pobierała to żyłę znalazła, więc niby jak? Mam wędrowne żyły? Jasne jest że chciała się pobawić swoją maszynka moim kosztem.
A potem jakby mało było tego koszmaru założyła mi dziewczyński bandaż. MI! KOMANDOSOWI!!
Oczywiście w domu od razu go zdjąłem, ale Roksiak zaczął się śmiać z mojej wygolonej łapy. No to postanowiłem, że ja Roksiakowi też łapę wydepiluję i zobaczymy czy dalej będzie się śmiała. Myślałem, że pójdzie raz dwa, ale okazało się, ze Roksiak ma dużo futra [ zwiększyła sobie na zimę ] i zanim skończyłem przyszła Pani i mi wlała, bo dręczę Roksiaka.
Roksiak oczywiście potem cały czas łaził przy Pani i nie mogłem go dorwać, ale jeszcze znajdę okazję. A wtedy, zanim zacznę ją depilować to ją zaknebluję. Mam już wszystko obmyślone. Jak jej siądę na pysku, to nie będzie mogła wezwać Pani. Zobaczymy jak jej się będzie chodziło z wydepilowaną łapą.

wtorek, 8 grudnia 2009

KOSZ



Pani postanowiła, że jestem już za gruby, żeby podróżować u niej na kolanach [ też coś! Tłumaczyłem, że to same komandoskie mięśnie, ale jak ona się uprze to już nic nie poradzisz].
No i zamówiła mi kosz, podobny do tego jaki ma Roksana. Oczywiście nikt mnie nie słuchał, kiedy mówiłem, że kosz Roksiaka jest za mały i nie mogę w nim normalnie spać, tylko muszę się zwijać w kłębek, ale w tym domu nikt mnie nie słucha.
Na szczęście kosz który przyszedł okazał się znacznie większy od roksiakowego, więc lu. Problem tylko w ty, że teraz Roksiak, jak zobaczył mój kosz to nie chce swojego starego tylko ten nowy. Przeczytała gdzieś w necie, ze można objąć mieszkanie przez zasiedzenie i ciągle w tym moim koszu śpi. Na szczęście Pan okazał się w miarę normalny i zapowiedział Roksiakowi, ze nad morze i tak będzie jechać w swo9m koszyku. Dlatego pozwalam na razie Roksiakowi spać w moim. Nawet odstąpiłem jej chwilowo mój niebieski kocyk. Ma się ten gest brata.

PAKOWANIE PREZENTÓW




Święta tuż tuż, więc Pani zabrała się za pakowanie prezentów. Oczywiście Pan był zajęty, więc musieliśmy z Roksiakiem pomóc, bo sama bidulka nie dała by sobie rady. Na szczęście o pakowaniu prezentów wiemy wszystko.
Ja zajmuję się papierem - odmierzanie, przycinanie pazurem i oczywiście nadzorem całego pakowania, a Roksiak wstążeczkami. Wiązaniem i takim robieniem, żeby się skręcały. Ma w tym wprawę z zeszłego roku. podobno tajemnica tkwi w odpowiednim ich ponadgryzaniu.
Oczywiście Pani trochę protestowała, ale nie zwracaliśmy na nią uwagi, bo ona ma ostatnio humory i humorki. Jakbyśmy nie pomagali, to pewnie doszłaby do wniosku, ze już jej nie kochamy. Poza tym miałem nadzieję, ze uda mi się podejrzeć co Mikołaj przyniósł dla mnie. Ale nie wyszło. trzeba będzie zaczekać do choinki.

ROKSIAK BRUDASEK



Roksiak to jednak jest brudasek. Ja już pomijam fakt, że musze po niej sprzątać w kuwecie, bo jej się wydaje, że jak dwa razy łapą machnie to koniec. A ja potem idę i normalnie padam!
Jakiś czas temu zrobiłem jej kontrolę uszu i okazało się, że są umyte tylko pobieżnie. Nie było rady. Musiałem sam dopilnować, żeby Roksiak był czysty. A wiecie jaki Roksiak oporny jest. Na szczęście po miesiącach szkoleń na komandosa wiem jak postępować z Roksiakiem. Plan był taki:
1. mała przyczajka, aż Roksiak uśnie na kanapie
2. szybki komandoski skok, z profilaktycznym trzepnięciem łapą w pysk
3. założenie podwójnego kociego nelsona z wykorzystaniem pazurów w okolicy tętnic
4. właściwe mycie Roksiaka.
Oczywiście plan udał się prawie cały. W końcu jestem zawodowym komandosem.
Niestety, po małych oporach Roksiak zgodził się na umycie pyska i uszu, ale jak chciałem jej umyć brzuch zaryzykowała życie i uciekła. W efekcie ma znacznie mniej sierści w okolicach gardła i trak sobie myślę czy nie dać jej pod choinkę szalika, żeby sobie go nie przeziębiła. Gardła oczywiście, nie szalika.

PACZKA


Ostatnio przyszła do nas paczka. Jestem pewien, że dla mnie. Pewnie bardzo dużo myszy od Pani Tyberiusza. Niestety, moja Pani, zamiast od razu ją rozpakować, postawiła w kącie i poszła robić obiad.
Jakby kogoś interesował obiad Pana. Paczka ważniejsza.
W dodatku Roksiak jak się obudził, obejrzał paczkę i mówi, że to do niego, a nie do mnie. Musiałem na wszelki wypadek objąć wartę - przynajmniej do czasu, aż Pani jej nie rozpakuje i nie okaże się, że są tam moje nowe myszy. Inaczej Roksiak sobie jakąś przywłaszczy.

niedziela, 29 listopada 2009

CHOROWANKO


W tym domu nawet spokojnie pochorować nie można.
Jestem przeziębiony. Mam gorączkę, katar [ pani nie pozwala mi wycierać nosa w poduszki, chociaż każdy wie, że tak jest najwygodniej], i boli mnie gardło, tak mocno, ze prawie nie mogę jeść chrupków. Do tego znów mam zapalenie oczu i moja Pani doktor przepisała mi krople do oczu, chociaż wie, że ich nie lubię. Do tego co drugi dzień jeżdżę na zastrzyki [ i to trzy], więc wcale nie marudzę tylko naprawdę jestem chory. chciałem sobie spokojnie podrzemać na kanapie, pod kocykiem bo mam trochę dreszczy i co? Ledwo zamknąłem oczy a Roksiak już mnie napadł. Potem się tłumaczyła, ze myślała że to kolejne szkolenie komandoskie, ale ja dobrze wiem, z chciała wykorzystać, że się źle czuję. Podstępny Roksiak. Niepotrzebnie ją szkoliłem.

piątek, 18 września 2009

SPRAWA POŃCZOCH I SZUKANIE ODOSOBNIENIA


Są takie chwile w życiu każdego kota, kiedy potrzebuje pobyć sam. Wyciszyć się, uporządkować myśli, ukryć przed Panią, ewentualnie... przeanalizować ile ma myszy pod swoją opieką i gdzie właściwie je schował przed Roksiakiem. Ale oczywiście znalezienie takiego miejsca nie jest łatwe. Roksiak łazi za mną ciągle, do tego są miejsca, w których jakoś ostatnio przestałem się mieścić [ pewnie ze względu na rozbudowane komandoskie mięśnie]... słowem - prosto nie jest.
Na szczęście los się do mnie uśmiechnął. Pani ostatnio robiła w szafie porządki.
Na początku chciałem jej pomóc. Znalazłem nawet takie długie, cienkie szmatki, które z całą pewnością nie były jej potrzebne, bo trzymała je w pudełku maksymalnie poplątane, które chciałem rozplatać. Wziąłem rozpęd i wskoczyłem do pudełka stylem nurkującym. Oczywiście wszyscy poza moją Panią wiedzą, że jak są supły, to trzeba mieć pazury, żeby je rozplątać. No to od razu wyciągnąłem moje.
Pani w krzyk, że jej podarłem wszystkie pończochy. A nieprawda, bo tylko je rozplątywałem.
Ostatecznie, po tym incydencie, doszedłem do wniosku, że muszę pobyć sam. Wdrapałem się na półkę i udawałem sweter. Pani by się nabrała, ale Roksana mnie zdradziła.
Podstępny zdradziecki kot ten Roksiak.

niedziela, 23 sierpnia 2009

ZBÓJNIKOWY POMYSŁ NA GRĘ

Ostatnio doszedłem do wniosku, ze mój komandoski talent całkowicie się marnuje. Niby poluję na Roksiaka; odnoszę zwycięstwa [ czasem wielkie, czasem małe...]; opracowuję nowe techniki komandoskie; ciągle udoskonalam systemy pułapek, a w wolnych chwilach szkole moje myszy... ale to jednak mało. Mój talent nie trafia do mas!
A potem mnie olśniło! Muszę znaleźć kogoś kto zrobi o mnie grę. Byłaby bestselerem. Jestem przekonany.
Wyobrażacie to sobie? Wcielasz się we mnie - Zbója i musisz wykonać dużo tajnych misji komandoskich, jak np. dostać się do chrupek zamkniętych przez [ okrutną] Panią w pudełku, pokonać myszę w walce na drzewku, dopaść Roksiaka zanim się schowa tak, że nie będzie do niego dostępu...Dla słabiaków mogłaby być wersja w wcielaniem się w Roksiaka. Już to widzę! Ekran z mojej perspektywy...

















Misje można by oprzeć o blogowe zapiski. A co do zajawki reklamowej... to nagrałem [ pomimo sprzeciwów Roksiaka] przykładowy filmik. Trochę amatorski, ale pokazuje o co by mi chodziło.


Taaaaaaa... to naprawdę doskonały pomysł. Teraz musze znaleźć wykonawców. A Roksiak jak nie będzie chciał pomóc wcielając się w rolę ofiary, to nie dostanie swojej części wpływów i już.