Już jakiś czas temu Roksiak poznał Pingwina.
Właściwie tak do końca nie zostało nigdy wyjaśnione skąd się wziął u nas w domu.Podobno Pan go przyniósł, co jest raczej mało prawdopodobne, bo Pan raczej nie znosi do domu różnych rzeczy.
To Pani ciągle coś wyjmuje z torebek. Wiem, bo zawsze przeprowadzam inspekcję, czy aby przypadkiem nie ma tam czegoś, co właśnie mnie by się przydało. Z reguły nie ma, a jak już jest, to Pani mówi, że to nie dla mnie i taka z tym robota.
Wracając jednak do Pingwina. Stał sobie na biurku już jakiś czas, jednak nie wchodził mi w drogę, więc stwierdziłem, że nie będę się nim zajmował. No, ale Roksiak postanowił się z nim zaprzyjaźni.
Początkowo było słodko. Siedzieli na przeciw siebie i patrzyli słodko w oczy; potem były całuski w nosek, no a na końcu Roksiak stwierdził, że muszą przybić piątkę. I się zaczęło...
Okazało się, że Pingwin jest w świecie pingwinów komandosem i zastosował chwyt "żelazny uścisk" na łapie Roksiaka, a ściśle mówiąc na jego pazurze. Roksiak chciał zabrać łapę, ale Pingwin nie chciał Roksiaka puścić. Oczywiście Roksiak, jak to Roksiak - wpadła w panikę. Biegała po domu, skakała po meblach, ale Pingwin był dobrze szkolony i wytrzymał. W końcu Roksiak postanowiła wezwać prawdziwego komandosa na pomoc - czyli mnie. Kazałem jej mocno machnąć łapą, tak jak ja robię, gdy chcę zdjąć bandaż. Od razu zadziałało. Pingwin puścił.
***
Pani odnalazła Pingwina i ogłosiła amnestię dla nielotów. Znów stoi na biurku Pana, ale już nie jest taki pewny siebie, jak wcześniej. Schował się w kącie i jak idę, to usiłuje być niewidzialny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz