W związku z faktem, ze w tym domu nie mam szans na normalne zabawki - Zbój zabiera mi wszystkie myszy, a Mikro Pani pozostałe zabawki, postanowiłam bawić się Eko zabawkami. Tato mojej Pani zrobił dla mnie Super Eko Pająka. Teraz mam zabawkę tylko dla siebie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawa. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 8 listopada 2010
niedziela, 31 października 2010
PINGWIN
Są w życiu każdego kota takie chwile, kiedy trzeba powiedzieć DOŚĆ i wyznaczyć pewne granice. U mnie taka chwila nadeszła ostatnio.
Ja wiele rozumiem, ba na wiele mogę się zgodzić. W końcu jestem dorosłym, rozsądnym kotem, który w dodatku kocha Mikro Panią [ jakby nie patrzeć jestem jej starszym bratem].
Mogę się pogodzić z tym, że Mikro Pani dostanie wcześniej ode mnie jeść, mogę się pogodzić z tym, że Mikro Pani dostaje więcej pieszczot niż ja. Mogę się nawet pogodzić z tym, że odkąd w domu mieszka Mikro Pani ja nie jestem już noszony na rękach. Naprawdę mogę się z tym pogodzić.
Ale to, że Mikro Pani ma dostać Pingwina... co to, to nie! To ja go sobie upatrzyłem, jak jeszcze był zapakowany w torebce, a Mikro Pani nawet nie wiedziała, że Pingwin zamieszka w naszym domu. No, a wiadomo, że kto pierwszy zobaczy, ten zaklepuje. No i ja tego Pingwina zaklepałem! Ale nie! Mikro Pani musiała Pingwina też zabrać - jakby miała za mało zabawek.
Na szczęście jako wytrawny komandos wyśledziłem, że Pingwin [ wbrew własnej woli] przetrzymywany jest w łóżeczku. Zaplanowałem tajno-wojenną misję i odbiłem Pingwina. Niestety, nawet przeniesienie go do mojej strażniczej wieży nie pomogło. Jak tylko Mikro Pani zobaczyła, że nie ma Pingwina włączyła syrenę alarmową [ potrafi wydać z siebie straszne dźwięki] i Pani pingwina zabrała.
Nie pozostało mi nic innego, jak tylko zaplanować kolejną komandoską akcję,ale najpierw muszę zaplanować tajną skrytkę na odbitego towarzysza zabaw.
No cóż, Pingwin będzie musiał zejść do podziemia i bawić się ze mną tylko w nocy, jak wszyscy śpią.
Ja wiele rozumiem, ba na wiele mogę się zgodzić. W końcu jestem dorosłym, rozsądnym kotem, który w dodatku kocha Mikro Panią [ jakby nie patrzeć jestem jej starszym bratem].
Mogę się pogodzić z tym, że Mikro Pani dostanie wcześniej ode mnie jeść, mogę się pogodzić z tym, że Mikro Pani dostaje więcej pieszczot niż ja. Mogę się nawet pogodzić z tym, że odkąd w domu mieszka Mikro Pani ja nie jestem już noszony na rękach. Naprawdę mogę się z tym pogodzić.
Ale to, że Mikro Pani ma dostać Pingwina... co to, to nie! To ja go sobie upatrzyłem, jak jeszcze był zapakowany w torebce, a Mikro Pani nawet nie wiedziała, że Pingwin zamieszka w naszym domu. No, a wiadomo, że kto pierwszy zobaczy, ten zaklepuje. No i ja tego Pingwina zaklepałem! Ale nie! Mikro Pani musiała Pingwina też zabrać - jakby miała za mało zabawek.
Na szczęście jako wytrawny komandos wyśledziłem, że Pingwin [ wbrew własnej woli] przetrzymywany jest w łóżeczku. Zaplanowałem tajno-wojenną misję i odbiłem Pingwina. Niestety, nawet przeniesienie go do mojej strażniczej wieży nie pomogło. Jak tylko Mikro Pani zobaczyła, że nie ma Pingwina włączyła syrenę alarmową [ potrafi wydać z siebie straszne dźwięki] i Pani pingwina zabrała.
Nie pozostało mi nic innego, jak tylko zaplanować kolejną komandoską akcję,ale najpierw muszę zaplanować tajną skrytkę na odbitego towarzysza zabaw.
No cóż, Pingwin będzie musiał zejść do podziemia i bawić się ze mną tylko w nocy, jak wszyscy śpią.
niedziela, 24 października 2010
KAŻDY CHCE MIEĆ SWOJE ZABAWKI
Ostatnio w tym domu dzieją się dziwne rzeczy. Idę sobie, patrzę, a tu leży zabawka, która absolutnie nie jest myszą, a w związku z tym nie należy do Zbója. Stoję, przyglądam się i co widzę? Różowego słonia. Rozejrzałam się wokoło, ale ponieważ nikt go nie chciał, to się nim zaopiekowałam. Potem zaopiekowałam się jeszcze takim niebieskim słoniem, a potem takim grzechoczącym kółkiem i małym misiem... Zanim się obejrzałam miałam już całkiem niezłą kolekcję zabawek. Moich i tylko moich. Ułożyłam je wszystkie na krześle, na którym zwykle ucinam sobie drzemkę i mruczę z zadowolenia. A tu przychodzi Pani i oczywiście stara śpiewka: Roksiaku czemu zabrałaś zabawki Mikro Pani? Tłumaczę, że absolutnie ich nie zabrałam. Leżały samotne, to się nimi zaopiekowałam i wcale nie widać, że są Mikro Pani. Z resztą teraz są moje. Każdy w tym domu ma jakieś zabawki tylko nie ja. Niby dlaczego tak ma być?
środa, 3 marca 2010
KŁĘBKOWE ZABAWY
Z resztą nic się tej wełnie nie dzieje. Trochę ja tylko rozprostowuję, żeby nie była ciągle taka skręcona. I tyle.
Jak kłębek zniknie, to zostawiam Pani wełnę, a ona znów robi z niej kłębek.
Czyli i ja mam zabawę i Pani ma zabawę.
wtorek, 8 grudnia 2009
PAKOWANIE PREZENTÓW
Święta tuż tuż, więc Pani zabrała się za pakowanie prezentów. Oczywiście Pan był zajęty, więc musieliśmy z Roksiakiem pomóc, bo sama bidulka nie dała by sobie rady. Na szczęście o pakowaniu prezentów wiemy wszystko.
Ja zajmuję się papierem - odmierzanie, przycinanie pazurem i oczywiście nadzorem całego pakowania, a Roksiak wstążeczkami. Wiązaniem i takim robieniem, żeby się skręcały. Ma w tym wprawę z zeszłego roku. podobno tajemnica tkwi w odpowiednim ich ponadgryzaniu.
Oczywiście Pani trochę protestowała, ale nie zwracaliśmy na nią uwagi, bo ona ma ostatnio humory i humorki. Jakbyśmy nie pomagali, to pewnie doszłaby do wniosku, ze już jej nie kochamy. Poza tym miałem nadzieję, ze uda mi się podejrzeć co Mikołaj przyniósł dla mnie. Ale nie wyszło. trzeba będzie zaczekać do choinki.
STOŁOWY AZYL
Są takie chwile, kiedy mam już serdecznie dość Zbója i jego pomysłów na zabawę. A odkąd poczuł się lepiej, dostaje korby. W dodatku ta zabawa jest niesprawiedliwa, bo jak Zbój ma dość, to chowa się do namiotu i to jest taki jego azyl, a jak ja się schowałam do kosza, to powiedział, że kosz jest wspólny i nie może być azylem, po czym wyciągnął mnie za ogon. No to sobie wymyśliłam, że moim azylem będzie stół.
Tak, wiem, wiem, że nie można na niego wchodzić, ale tak się składa, że Zbój też o tym wie, więc jak się położę na stole, to mam od niego spokój. Gorzej jak nie zdążę zejść zanim Pani przyjdzie, bo wtedy jest lanie.
Ale to i tak lepsze niż lanie od Zbója. Pani to słabiak.
niedziela, 16 sierpnia 2009
ZBÓJNIKOWE BADANIA NAD CZEREŚNIAMI
Ostatnio nie miałem czasu zaglądać na bloga, bo mam pełne łapy roboty.
Po pierwsze kończyłem raport z badań nad "właściwościami czereśni i ich zastosowaniem w życiu kota".
Po drugie przeprowadzałem zintensyfikowane szkolenia poziomu drugiego dla wszystkich odnalezionych myszy.
Po trzecie ... no to już prywatna sprawa.
Fragmenty raportu z badań nad czereśniami
W związku z faktem, że Pani przyniosła do domu ostatnio nowe coś - czereśnie - czułem się zobowiązany poświęcić cały swój wolny czas na badania. W mojej decyzji utwierdziła mnie postawa Pani, która czereśnie umieściła w misce i postawiła na stole, czyli - przynajmniej teoretycznie- miejscu gdzie nie wolno nam z Roksiakiem wchodzić. To obudziło we mnie badacza - odkrywcę.
Podstawowym problemem było zdobycie materiału do badań. Na szczęście jestem najlepszym na świecie komandosem, więc taka akcja to miska z mlekiem, że się tak wyrażę. Szeregowiec Roksiak dostał zadanie odwrócenia uwagi Pani rozpaczliwym miauczeniem w kuchni [ chodziło o wywabienie Pani z pokoju, w którym były czereśnie]. Potem już nic trudnego. Szybki skok na kanapę, odbicie, skok na fotel. Szybki zwrot o 90 stopni... i już jestem na stole [ tu co prawda była serweta, na której się nieco przejechałem, ale to nic]. Porwanie z miski kilku obiektów do badań i szybka ucieczka do sypialni państwa. Całość wykonana w ułamku sekundy.
badania wykazały:
* czereśnie doskonale się turlają, niestety nie można polować na nie z pazurami.
* czereśnie nie są odporne na zadawane ciosy, co powoduje, że jako przeciwnik szybko nie nadają się do dalszej zabawy
* czereśnie - mimo zapewnień szeregowca Roksiaka, nie nadają się do jedzenia, a sok brudzi i skleja futro [ tarzanie się na czereśniach nie jest wskazane]
* czereśnie maja taki patyk - chwytnik, dzięki czemu są łatwe w transporcie [ przynajmniej póki jest chwytnik], jednak wtedy nie da rady ich turlać
* czereśnie są jak szeregowiec Roksiak - jak tylko usłyszały, że chcę przeprowadzić na nich szkolenie komandoskie wturlały się pod kanapę i nie mogłem ich sięgnąć łapą
* zdecydowanie nie można przeprowadzać szkolenia w państwa łóżku, bo zostawiają ślady, a to kończy się laniem dla instruktora.
Podsumowując. Czereśnie nie są w stanie zastąpić szeregowca Roksiaka, który co prawda chowa się przed szkoleniem, ale łatwiej go wyciągnąć spod kanapy, jest bardziej odporny na ciosy i co najważniejsze - nie zostawia śladów na pościeli, dzięki czemu nie dostaję tak często lania od Pani. Jednym słowem - CZEREŚNIE NIE SA W STANIE ZASTĄPIĆ ROKSIAKA. MUSZĘ POSZUKIWAĆ DALEJ.
niedziela, 19 lipca 2009
PAKOWANIE PREZENTÓW
Nie wiem, co by ta nasza Pani zrobiła czasem beze mnie i bez Roksiaka. Patrzę ostatnio, a ona zabiera się do pakowania prezentu. Oczywiście nie bardzo sobie z tym radzi, ale to u niej normalne - z prezentami bożonarodzeniowymi było dokładnie tak samo. No serce mi się kroiło, więc mówię do Rosiaka, choć pomożemy Pani pakować prezenty. Doświadczenie mamy, bo pakowaliśmy te prezenty świąteczne. Roksiak najpierw marudził, a potem się zgodził [ pewnie dlatego, ze zaszło słońce i nie mogła się dłużej opalać].
Podchodzę do papieru, chciałem go łapą przytrzymać, a Pani od razu "Zbóju nie pomagaj mi" - ja wiem, ze ona taka samodzielna chce być, no ale nie radzi sobie, więc zignorowałem to co mówi. Roksiak zajął się taśmą [ trochę za bardzo się wczuła w tą opiekę nad taśmą, bo wepchnęła ją pod kanapę, żeby jej się nic nie stało, i żebyśmy wiedzieli gdzie jest], a ja zająłem się papierem.
A potem się okazało, ze to prezent dla Kapiego, więc pomyślałem sobie z Roksiakiem, ze najlepszym prezentem dla Kapiego będzie moja i Rosiaka wizyta. Postanowiliśmy z Rosiakiem że zapakujemy się z prezentem, a potem rodzice Kapiego nas odeślą. Ale nic z tego nie wyszło, bo ten papier jakoś tak mało wytrzymały jest i jak się położyłem na kartonie i chciałem nim przykryć, to się podarł na małe paseczki. Roksiak twierdzi że to dlatego, że użyłem pazurów, ale moje pazury nie są aż takie ostre, - nie ostrzyłem ich wtedy już kilka godzin - więc to na pewno wina wadliwego papieru. Roksiak powiedział, że ona ma lepszy plan i obwiązała się wstążką - powiedziała, że jak się położy, to będzie wyglądać jak prezent. I rzeczywiście wyglądała. Ale Pani jakoś nie dała się zmylić i nie wysłała Roksiaka do Kapiego.
Musiał mu wystarczyć piracki okręt. A jestem pewien, że z naszej wizyty ucieszył by się bardziej
piątek, 17 lipca 2009
NOWA MYSZA
Moje wielotygodniowe manifestacje , ze potrzebuję nowej myszy nareszcie dały efekt. Oboje z Roksiakiem dostaliśmy po nowej myszy. Ale tym razem pani okazała się przebiegła i każde z nas dostało inną mysz. Nie da rady wmówić pani, ze to Roksiak swoją zepsuł, a ta jest moja. Szkoda.
Wstępne testy wykazały, ze moja mysza do niczego się nie nadaje. co prawda ma dzwonek, ale dzwonek to nie wszystko. Wady nowej myszy:
* nie ma właściwego, czerwonego nosa
* nie da się jej oskórować bo jest ze sznurka
* dzwonek za mało dzwoni
Dlatego schowałem ją głęboko pod kanapą i zaopiekowałem się myszą Roksiaka, która ma czerwony nos i futro, które można ściągnąć pazurami.
Poza tym Pan ostatnio robił porządki i odnalazł wszystkie moje myszy. Nawet te w tak tajnych skrytkach, że sam zapomniałem gdzie są.
Mam teraz tyle myszy, ze mogłem je rozmiescić w całym mieszkaniu, w taki sposób, że gdziekolwiek bym był, mogę się którąś pobawić.
Boje się tylko że szkolenie takiej ilości myszy może mnie wykończyć.
piątek, 15 maja 2009
KOCIE ZABAWY
Nie lubię kiedy pada deszcz. Pani nie pozwala wychodzić wtedy na balkon i nie ma co robić. W końcu ile można polować na tą samą mysze albo Roksiaka? No właśnie. Roksiakowi też się nudzi, chociaż ona tyle o tym nie mówi. Jak pada deszcz to idzie spać. No, ale ile można spać?!
Dlatego tym razem zaproponowałem zabawę w chowanego. Zasady były proste. Roksiak się chowa, a ja go szukam. Jak znajdę to ja się chowam a ona mnie szuka. Znalazłem Roksiaka prawie od razu, bo ona nie zna komandoskich technik maskujących i zapomniała o ogonie.
Kiedy przyszła moja kolej wykorzystałem wszystkie swoje umiejętności. Schowałem się pod kapą i zostawiłem sobie tylko małą szparkę na obserwację, czy roksiak się zbliża czy nie.
Siedzę i siedzę, a Roksiaka nie ma i nie ma. No wiem, ze Roksiak jest ograniczony, ale ile można mnie szukac? [ pomimo tego, że jestem najlepszym komandosem i techniki maskujące mam w małym pazurze]. W końcu wychodzę ze swojej kryjówki i co widzę? Roksiak opala się na parapecie. idę do niej i miauczę " Roksiak co jest?", a ona na to, że jej się znudziło, bo to głupia zabawa, bo ja ją znalazłem od razu, a ona mnie szukała, ale jak nie mogła znaleźć to poszła się opalać.
No i baw się tu z Roksiakiem!
poniedziałek, 11 maja 2009
SZNUREK I FIRANKI
Moja Pani ma najfajniejsze zabawki. Ale nie chce się nimi dzielić, dlatego muszę wykorzystywać wszelkie techniki komandoskie, by się nimi trochę pobawić. Ostatnio okazało się, że to coś, co ona nazywa firanką, a ja zwykłą przeszkodą na trasie podłoga - parapet ma fajny sznurek. Nie taki jak ten, który dostaliśmy z Roksiakiem do zabawy, co to tylko leży, ale taki, który ciągle się rusza. A już najbardziej jak Pani otworzy okno.
Nie mogłem nie wykorzystać okazji i jak Pani nie widziała postanowiłem się nim trochę pobawić. Niestety, wisiał bardzo wysoko i nawet jak stanąłem na tylnych łapach, to nie mogłem go dosięgnąć [ a mam 1 m długości]. Na szczęście mam pełne przygotowanie komandoskie i nie z takimi wyzwaniami sobie radziłem. Postanowiłem ze wykorzystam tą firankę. Będę się po niej wspinał, aż dosięgnę sznurka. Sprawdziłem przyczepność pazurów [ wchodziły jak w myszę - nie na darmo ostrze je dwa razy dziennie] i rozpocząłem wspinaczkę. Okazało się jednak, że Pani ma jakieś strasznie stare te firanki bo ledwo zacząłem się wspinać a one się zerwały. Ważę ledwie 7 kilo, gdyby były świeże na pewno by wytrzymały.
Ponieważ wiedział że Pani będzie zła zostawiłem sznurek i firanki w spokoju, położyłem się na stole i zacząłem udawać że śpię. jakby co, to ja o żadnych firankach nic nie wiem. Musze obmyślić lepszy plan z tym sznurkiem
LEPSZY PLAN
HA!!!! wiedziałem, że nie ma się co śpieszyć. Pani w końcu sama zdjęła firanki i zabrała je do prania. A jak wiadomo to co uprane, jest potem na suszarce. A tam już dosięgnę. Wyczekałam na odpowiedni moment, kiedy Pani była zajęta i zapolowałem na sznurek. Trochę się opierał, ale ostatecznie wygrałem. Niestety okazało się ze bez tej firanki sznurek Pani jest jak ten mój i Roksiaka - tylko leży. Ehhh.
Na szczęście Pani ma jeszcze kilka firanek, wiec znów zapoluję.
niedziela, 10 maja 2009
MAŁE SŁABOSTKI
Każdy ma jakąś słabość. Nawet tak doskonały, dobrze wychowany kot jak ja. Naprawdę.
Moją słabością jest drzewko Pani. Choćbym nie wiem jak się starała, drzewko przyciąga mnie jak magnes.I chociaż doskonale wiem, że nie wolno tak robić, to jakoś nie mogę się oprzeć. te liście tak zachęcająco zwisają i po prostu mówią do mnie, że chciały by się troszkę pobawić. No jak tu odmówić liściom?Nie wiem jak, wy, ale ja po prostu tego nie umiem.
Zresztą nie robię im nic złego. Troszkę je tylko potrącę łapą, albo poszarpię zębami koniec liścia.
W końcu gdyby to drzewo było na zewnątrz, to też by je ktoś szarpał, albo co... ja mu po prostu takie naturalne warunki stwarzam. I tyle.
No chyba, że jakiś liść odpadnie, ale to już wtedy nic nie niszczę, bo w końcu mam nie ruszać Pani drzewa, a liść bez drzewa to już nie drzewo, tylko liść, czyli... zabawka, więc jak się bawimy ze Zbójem liściem, który odpadł, to to już nie jest psocenie, jak twierdzi Pan, tylko zabawa dozwoloną, znalezioną zabawką. Tak uważam. I Zbój też tak uważa.
Tylko czasami musimy tym liściom pomóc odpaść od drzewa. I tyle.
KWESTIA TULIPANÓW
Kolejne zastrzyki. Już mnie pupa boli.
Pani też chora, więc większość dnia przeleżałyśmy przykryte kocem. Wspólne chorowanie jest fajniejsze.
***
Normalnie czuję się urażona! Pan przyniósł kwiaty. Powiedział, że chorą trzeba rozpieszczać. Ale w tym domu są DWIE !!!! chore, a nie jedna. Pani dostała tulipany, a ja nic. Nie odezwę się do Pana już nigdy. Poszłam zobaczyć czy te tulipany jakieś nie wybrakowane aby. Okazało się, że jak dobrze walnąć łapą to tulipan się rozpada. Czyli z całą pewnością nie były najświeższe... no bo skoro się rozpadają...
Poza tym płatki to nie tulipan, więc nimi mogę się bawić. Zupełnie jak z drzewem i jego liśćmi...A skoro tak...... to wzięłam sobie jeden płatek do zabawy. Tylko się okazało, że jak te płatki są przytwierdzone do tulipana, to trzeba mocno łapą walnąć, a jak płatek jest sam, to ledwo, ledwo go łapą walniesz, a on już do niczego się nie nadaje.
Na szczęście na stole, jak wtedy walnęłam łapą, pozostało jeszcze trochę płatków, więc...... wzięłam sobie tym razem dwa. Tak na wszelki wypadek, żebym jeden miała w zapasie, jak mi się ten pierwszy popsuje. Pani jest pod tym względem dziwna. Jedne rośliny trzyma długo, albo nawet zawsze a inne po jakimś czasie wyrzuca.
Zawsze się ze Zbójem zastanawiamy, jaki jest system wyboru. Po tym wszystkim byłam tak zmęczona, że musiałam się zdrzemnąć. Tylko, że odkąd w tym domu zamieszkał Zbój nie jest to takie proste. Położyłam się na drzewku i co?... oczywiście Zbój nie dał mi spokoju...Dlaczego, ilekroć mu się nudzi musi mnie zaczepiać? Ma tyle zabawek... Panią... Pana... to nie. Uwziął się na mnie!
KARTON WEŁNY
Ostatnimi czasy nasza Pani dostaje duze pudła. Z regóły nie ma w nich ciekawego, ale czasem coś się zdarza. Jak ostatnio. Przybył do nas wielki karton wełny. Ja raczej za wełną nie przepada, ale Zbój ją uwielbia i pokazał mi jak się można fajnie bawić.
Z zabawą musze przyznać różnie bywa, ale jak się fajnie na takiej wełnie leży... mru mru... chrap chrap [ bo ja trochę chrapię i świszczę jak śpię - Pani doktor powiedziała ze to przez astmę].
Oczywiście Zbój nie pozwala mi za długo siedzieć w kartonie i zaraz mnie wyrzuca , ale co sie dziwić - toż to prawdziwy Zbój.
We wtorek postanowiliśmy zrobić Pani niespodziankę - ostatnio ciągle gdzieś wychodzi i strasznie długo jej nie ma. Cały dom upiększyliśmy kolorowymi nitkami. Pani była tak zaskoczona ze słów jej zabrakło. Zbój mówi że była pod wrażeniem naszej pomysłowości i poświęcenia [ dużo czasu zajęło np. okręcenie nitkami wszystkich nóg od krzeseł. w dodatku, jak się kot już rozkręcił, to nitka się kończyła i trzeba było brac nową. Ale daliśmy radę.]
Etykiety:
Roksiak,
wełna i nici,
wspomnienia Roksany,
zabawa,
Zbój
PIERZASTE MYSZY
Są takie chwile w życiu kota, gdy chce się żyć. ja mam takie jak przychodzi listonosz. Zawsze ma coś fajnego. A to wełnę, a to paczkę dla mnie z jedzonkiem, a kilka dni temu przyniósł paczkę od Pani Tyberiusza. A tam... dwie pierzaste myszy. Jedna dla mnie jedna dla Roksiaka. Roksiak swoją od razu zabrał i schował - ale wiem gdzie - w praniu. No ale to Roksiak - prawie taki sam dzikus jak Miśka. Ja ze swoją musiałem się poznać, sprawdzić czy to taka normalna mysza jak inne czy stanie się moją najlepszą myszą i zastąpi tą, która zginęła na balkonie. Myszowe testy są dość żmudne i długie, ale co począć. Zacząłem badania.
Mysz z którą mógłbym się związać uczuciowo musi mieć wytrzymały ogon dobrze znosić noszenie i odporność na upadki z dużych wysokości
wszystkie przeszła pozytywnie. Dlatego po tym jak wyrwałem jej wszystkie pióra z ogona [ czerwony nos miała od początku, więc ten problem odpadł] stała się moim najlepszym przyjacielem. Od tej pory ja i mysza jesteśmy nierozłączni.
komentarze (0) | dodaj komentarz
DZIURA W DRZEWKU
Gość, który zaprojektował moje drzewko, albo ma jakieś koty mikrusy, albo w ogóle nie lubi kotów. Ja jestem całkiem dużym kotkiem [ 6 kg] i ta dziura w środku całkiem poważnie utrudnia mi życie. Ja już nie mówię o takim drobiazgu, że ciężko wskakiwać na samą górę jak mnie ta dziura stresuje, ale zabawki mi tam wpadają.No niby mogę spróbować ją wyciągnąć, ale przecież istnieje groźba że utknę. ostatnio tak właśnie było. Na szczęście jako komandos jestem całkiem zwinny więc udało mi się jakoś wykaraskać. Ale było ciężko. a wszystko przez myszę, która uwielbia tam wpadać i zatrzymuje się dopiero na najniższej półce.
POLOWANIA NA PAPRYKĘ
Są takie dni w życiu każdego kota kiedy staje się komandosem - polownikiem. w takich dniach poluje się na wszystko. Zwłaszcza gdy istnieje możliwość polowania na nieodkrytych do tej pory terenach. Ja odkryłem taki dziewiczy teren w kuchni. Ni to żebym nigdy tam nie bywał... w końcu jedzenie jest sensem mojego życia, ale... do tej pory byłem za malutki, żeby zobaczyć co dzieje się na półkach i szafkach - potem byłem już całkiem duży, tylko ze względu na opłacony abonament z grawitacji jakoś to skakanie na takie wysokości mi nie wychodziło. Na szczęście odkryłem tzw. wspinaczkę wysokoszafkową. od tego momentu mogę polować na szafkach kuchennych.
technika jest niezwykle prosta. bierzesz rozpęd, odbijasz się tak wysoko jak się da, wbijasz pazury gdzie się da, a potem trzeba już tylko tylnymi nogami mocno przebierać. efekt murowany. Poniżej zdjęcia z polowania na papryke.
Etykiety:
jedzonko,
polowanie,
techniki komandoskie,
wspomnienia Zbója,
zabawa
BOZONARODZENIOWE REFLEKSJE
Święta to naprawdę fajna sprawa. Jest wielkie drzewo - nie można się na nie wspinać bo po pierwsze Pani krzyczy, a po drugie kluję w łapy [ sprawdziłem] ale i tak jest nieźle. Ma takie coś jak bombki, które ciągle chcą się z tobą bawić i światełka. Z tymi bombkami to trzeba jednak trochę uważać. To jak z liśćmi, jak pacniesz mocniej łapą to spadają, a wtedy nie jest dobrze. Oczywiście jak tylko przyjechaliśmy musiałem obejrzeć to drzewo i generalnie wszystko co pod nim było.
Przez to całe zamieszanie z pakowaniem i wyjazdem oczywiście zapomniałem swojej myszy. Przez moment martwiłem się, że nie będę miał się czym bawić, ale tylko przez moment. Okazało się, ze jak są święta w domu jest dużo zabawek. To się nazywa ozdoby świąteczne, ale tak naprawdę o są zabawki dla kota - mówię wam. Było ich naprawdę dużo. Taka mała sznurkowa choinka, gałązki, szyszki... no i oczywiście mikołaj. Ale o spotkaniu z mikołajem napisze innym razem
W gruncie rzeczy święta to fajna sprawa. Dużo zabawek, Twoje własne drzewo, które świeci, mikołaj, który ciągle chce się bawić i dużo jedzonka... Aha zapomniałbym - po tym wszystkim... FOTEL TYLKO DLA CIEBIE!
PREZENTY...PREZENTY
No jakby nie patrzeć zbliżają się święta. Nie bardzo wiem co to jest, ale zapowiada się fajnie. Wczoraj pakowaliśmy prezenty. To znaczy Pani pakowała a ja z Roksiakiem dzielnie pomagaliśmy. To nie było takie proste, ale ... jak się podzieli obowiązki, to idzie dość sprawnie.
I tak Roksiak zajął się wstążeczką [ ma słabość do wszystkiego co się błyszczy - to takie dziewczyńskie] , a ja całą resztą. Nie było łatwo. , ale jakoś daliśmy radę. Pewnie dlatego, ze potrafimy w każdej pracy znaleźć czas na zabawę. Wszystko bawiło się z nami. I papiery, i wstążeczki i nawet te śmieszne gwiazdki. pod koniec to nawet taśma klejąca dołączyła do zabawy i wtedy było naprawdę fajnie. A zaczęło się tak niewinnie... od berka.
***
Tak przy okazji. Roksiak powiedział mi, że jak są święta to Mikołaj przynosi prezenty. Podobno można je znaleźć wcześniej tylko trzeba poszukać. Co było robić - szukałem gdzie tylko się da.
Niestety nic nie znalazłem. To znaczy nic co byłoby prezentem, bo tak poza tym, to Pani ma w torebce tyle zabawek że ho ho. Mogłaby się czasem podzielić.
ŚNIEG - BLIŻSZE SPOTKANIE
No to nadeszła zima. Generalnie nie do końca wiem co to jest ta zima, ale tak mówi moja Pani. A kto jak kto, ale moja Pani zna się na wszystkim, więc musi mieć rację.
I dziś wreszcie po DWÓCH dniach udało mi się wyjść na balkon. WRESZCIE!
Wiecie jak to jest. Siedzisz w domu... patrzysz co tam za szybą się dzieje na tym balkonie, a tam coś. normalnie odkąd to coś spadło z góry nie mogę się doczekać wyjścia. I dziś wreszcie się udało. Nie żebym był jakimś tchórzem, ale wolałem zachować ostrożność. Wiecie, metoda małych kroczków.
Okazało się że to coś, to śnieg - Roksana mi powiedziała, bo ona już dwa razy taki śnieg widziała.
Początkowo zdecydowałem się go obwąchać i obejrzeć z bliska... Potem przyszła pora na próby łapą... Nie da się ukryć. Zimne toto, mokre bardzo i jakieś takie ogólnie mało przyjemne. W dodatku zostawiam ślady, a to dla niewidzialnego komandosa nie jest dobra wiadomość. Dlatego tez zdecydowałem, że miejsce kota jest w domu. Stąd można prowadzić dalsze obserwacje tej zimy, a zdecydowanie jest cieplej w ogon i łapy.
I jakoś tak sucho... i przytulniej...
Subskrybuj:
Posty (Atom)