wtorek, 21 września 2010

POŻEGNANIE TYBERIUSZA

W dniu dzisiejszym nasz fumfel - mój i Roksiaka. Największy komandos, nieoceniony towarzysz psot oraz niedościgniony nauczyciel kamuflażu przeniósł się po ciężkiej chorobie na pole wiecznej marchewki. Będzie nam brakowało Tyberiusza.

środa, 11 sierpnia 2010

ROKSIAKU...

Zupełnie bez sensu jest to wszystko co obecnie dzieje się w naszym domu. Odkąd pojawiła się Mikro Pani nic nie wolno i w dodatku wszystko trzeba jej oddać! wszystkie fajne rzeczy, bo to niby jej. No, a gdzie jest zaznaczone, że to jej? Skoro wszyscy wiedzą, że lubię wanny i jestem malutkim kotem, to chyba oczywiste, że ta mała wanna jest dla mnie, a nie dla Mikro Pani. Ale nie! Jak tylko próbowałam przymierzyć czy jest właściwych rozmiarów zaraz usłyszała: Roksiaku wyłaź z wanienki. Ciekawe jakby Pani zareagowała, gdybym ja jej tak przeszkadzała w wannowym relaksie?
Albo to. Wchodzę ostatnio do pokoju i co widzę? Leżaczek - Bujaczek. No, myślę sobie, Państwo się postarali. Nareszcie coś z myślą tylko o Roksiaku.
Ułożyłam się wygodnie, już, już zapadam w drzemkę i co słyszę? Oczywiście "Roksaku wyłaź!" Z leżakowaniem na mięciutkiej mikro kanapie było podobnie. W takich warunkach nie da się żyć. Co i raz tylko: "Roksiaku nie wolno chodzić po Mikro Pani", "Roksiaku nie wolno udeptywać Mikro Pani", "Roksiaku wyjdź", "Roksiaku nie wolno", "Roksiaku później"...

wtorek, 10 sierpnia 2010

NOWY KOT I ZBÓJ OBROŃCA


Ciągłe zmiany w naszym domu powodują, że już nie nadążam. Ostatnio śpię sobie spokojnie, a tu wpada na łóżko Roksiak i mówi, ze w pokoju dla tego nowego kota mieszka już kot i ze jest ogromniasty.
Patrzę na Roksiaka i mówię: Roksiak ty się uspokój. Nie ma większych niż ja kotów. A ona, że ten jest większy i że ma ogromne zęby i dużo sierści, i że czai się na podłodze.
Nie było wyjścia. Musiałem wstać.
wchodze do pokoju, patrzę i rzeczywiście. leży sobie kot. Ale jakiś dziwny. No to ja od razu, bez ostrzeżenia, wykonałem kilka komandoskich chwytów i zanim się ten kot spostrzegł już był pokonany.
Z komandosami nie ma co zaczynać.

środa, 7 lipca 2010

NOWE FIRANY, NOWE WYZWANIA














Każdy dobry komandos wie, że jeśli przestanie zapoznawać się z nowymi metodami walk i kamuflażu przestaje być komandosem. Na szczęście ja o tym wiem i dlatego ciągle ćwiczę. Kiedy okazało się, że Pani ma nowe firany nie było wyjścia. Musiałem sprawdzić ich wytrzymałość i użyteczność w moim codziennym, pełnym niebezpieczeństw życiu. A nie było to proste, bo Pani oczywiście [ jak zawsze, gdy chodzi o firany] przeszkadzała.
Ale od czego mój urok osobisty. Dzięki kociemu magnetyzmowi udało mi się przetestowac firany pod kątem:
  • turlania z owijaniem się [ doskonale się się sprawdzają, maskowanie na mumię zajmuje mniej niż 5 sekund].
  • maskowania z obserwacją zza firankową [ jak widzicie na poniższym zdjęciu prawie mnie nie widac]


 No może troszeczkę, ale to detal - wykorzystam też inne metody kamuflażu i będzie ok.
  • przyczajki zza firankowej [ sprawdzają się idealnie]
Niestety życie nie jest proste. Firany mają też swoje wady.  Nie dość, ze utrudniają wskakiwanie na parapet [ co i tak jest trudne, przez te wszystkie doniczki Pani], to jeszcze ciężko się z nich wyplątać, jak się zastosuje "mumię", bo pazury wchodzą w takie małe dziurki. Chciałem je po prostu rozciąć, ale Pani stanowczo zaprotestowała.
Oczywiście jak Pani je powiesiła, to się okazało, że są za krótkie, by można je było wykorzystać do czegoś pożytecznego. Zwyczajnie wiszą sobie w oknie i do niczego nie służą. Nie to co długie firany na starym mieszkaniu...
Szczęśliwie na koniec okazało  się, że Pani miała dla mnie niespodziankę. Nowe firany miały nowy sznurek. jak wiecie z wcześniejszych postów nasze stare firany też kiedyś miały sznurek, ale potem się tak jakoś wywlókł i nie było już czym się bawić. Te mają nowy i po pierwszych testach mogę śmiało powiedzieć, że całkiem nieźle się trzyma, także polowanie sznurkowe zostało reaktywowane.

wtorek, 6 lipca 2010

TECHNIKI POLOWNIKÓW

Odkąd mieszkamy w nowym miejscu dosłownie nie wiem w co łapy włożyć. Oprócz normalnych zadań związanych ze szkoleniem komandoskim [ Zbój doszedł do wniosku, że pomimo tego, że przeszłam do rezerwy i nie ukończyłam kursu dla astronautów, dalej powinnam uczestniczyć w różnych ćwiczeniach i doszkalaniach], muszę jeszcze wykazywać inicjatywę wobec Państwa, bo "dwa koty w domu i tyle much... Roksiaku czemu nie polujesz na muchy?..."
Prosta sprawa - nie poluję na muchy, bo nie mam czasu. Jestem zajęta opracowywaniem dwóch planów komandoskich uderzeń:

1. Jak dobrać się do Jaskół, które są już zwyczajnie bezczelne i latają sobie bezkarnie.
Ostatnio jedna z nich [ jestem absolutnie pewna ] pokazała mi środkowe pióro w skrzydle jak wylatywała z gniazda. No, na takie rzeczy to ja nie mogę pozwolić. Dlatego też przez część dnia i nocy prowadzę obserwacje, które w przyszłości, być może, pomogą mi  jakoś się do nich dobrać. Na razie wiem jedno - pomimo tego, że schudłam nie jestem w stanie przecisnąć się przez dziurę, jak okno jest tylko uchylone. Zbój mówi, że trzeba czekać, aż Pani otworzy okno, ale Pani jest sprytna i jak otwiera okno to zamyka drzwi, żeby nie można się było dostać do środka. Co prawda Zbój powiedział, że nad tym pracuje, ale jakoś mu nie wierzę, bo on tylko ciągle śpi.

  
2. Jak skutecznie przeprowadzić nalot na te koszmarne wróble i gołębie.
Z wróblami i gołębiami jest tak. Latają sobie ciągle przy naszym balkonie i to tak blisko, że czuję normalnie nieświeży oddech tego gołębia, co ma takie zielone gardło. No a wróble to juz osiągnęły bezczel całkowity potrafią, jak ja jestem w domu, siadać na poręczy. Początkowo myślałam, żeby się na nie zaczaić z jednego z naszych koszy, ale okazuje się, że Pani kwiaty, które wykorzystujemy do maskowania, utrudniają później przeprowadzenie akcji. 
Po konsultacjach ze Zbójem uzgodniliśmy, że tylko akcja nalotowa odniesie skutek. Pierwotny plan był prosty. Wskakuję na zewnętrzny parapet, czekam na wróbla albo gołębia i jak będzie przelatywał, to wykonuje lot nurkujący, ląduję mu na grzbiecie i skrzydłach, przegryzam gardło, no a potem wracam do domu. Plan prosty, nie niosący ze sobą żadnych niespodzianek. 
Oczywiście jak tylko Pani dowiedziała się co i jak, to zastawiła parapety doniczkami i teraz nie bardzo mam jak tam wskoczyć. No, ale... pracuje się nad tym.
Ze Zbójem... kiedy nie śpi.

czwartek, 17 czerwca 2010

NOWI WROGOWIE

Ponieważ Państwo bez konsultacji ze mną i Roksiakiem postanowili zmienić miejsce zamieszkania, nie miałem ostatnio zbyt wiele czasu na pisanie. Wiecie jak to jest - trzeba zbadać nowy teren, przeszkolić w nim  myszy [ a propos myszy - odnalazłem dzięki tej przeprowadzce 5, które wcześniej zaginęły podczas szkoleń] i do tego te Jaskóły.
Po prostu koszmar. Roksiak to już ma pełną nerwicę i lada moment trzeba go będzie wysłać na leczenie [ choć nie wiem czy jest sens tracić pieniądze, bo na moje oko to ona jest w stanie nieuleczalnym]. Są bezczelne, aroganckie i ciągle nas przedrzeźniają. A już najbardziej Roksiaka.
Ja doszedłem do wniosku, że nie będę się dawał ośmieszać i nie zwracam na nie uwagi - przynajmniej na razie, póki nie opracuję jakiegoś super efektownego planu komandoskiego. A dla tych, którzy są ciekawi, to tak wyglądają nasze Jaskóły:

środa, 19 maja 2010

NOWY KOT

Ostatnio z Roksiakiem poczyniliśmy [ zupełnie niezależnie] pewne obserwacje. Późniejsze konsultacje  pod stołem doprowadziły nas do następującego wniosku. Państwo postanowili mieć nowego kota. Innego wyjaśnienia nie ma. W dodatku chyba nas porzucą, bo coraz częściej ich nie ma w domu. A dla tego nowego kota kupują różne bardzo fajowskie rzeczy. Roksiak np. powiedział mi, że kupili mu takie mięciutkie łóżeczko do wspinania, nie to co nam kosze. A ja osobiście, na własne oczy i wąsy widziałem nowoczesne myszy, które nie tylko się ruszają, ale jeszcze wydają z siebie dźwięki.  Ja nie mam ani jednej takiej, a tymi nie wolno mi się bawić!
Nie było wyjścia. Musimy przekonać Państwa, ze jeszcze nie jesteśmy zużytymi kotami i spokojnie nie muszą nas wymieniać na jakiegoś nowego kota. Każde opracowało inny plan.
Ja pilnuję, żeby Pani miał ciepło w stopy jak śpi i każdego dnia budze ją moim rozkosznym mruczeniem [ nie prawda, że przypomina warkot traktora jak twierdzi Roksiak]. No i nie walczę już tak z Panem [ jak się go tylko drapnie to robi od razu wielkie halo], a nawet pozwalam mu spać w łóżku gdzie śpi Pani.
Roksana zaś stara się cały czas być na kolanach Pani albo Pana. Ale nie wiem czy to dobra strategia jest, bo Roksiak jest chudy i pewnie się państwu te jego kości wbijają w ciało.  No zobaczymy czy to podziała i pokonamy tego nowego kota. Czas pokaże.